Złośliwi gęgacze, by użyć starego sformułowania Janusza Szpotańskiego, mówią podobno na mieście, że koncert Queen był prezentem urodzinowym dla Rafała Dutkiewicza. Jako, że mam ten zaszczyt obchodzić urodziny tego samego dnia co pan prezydent, nie posunę się tak daleko. To na pewno przypadek albo termin wymuszony przez organizację euro 2012. Poza tym tylko policjanci nie wierzą w zbiegi okoliczności. A ja policjantem nie jestem.
Co sądzę o tego rodzaju imprezach już pisałem ostatnio. Niemniej jednak rozumiem, że dla wielu (30 tysięcy, a może i więcej, bo ktoś nie dostał biletów) takie coś jest wielkim wydarzeniem. Szanuję odmienność i nie mam z tym problemu. Problem mam jednak z tym, że nie jest jeszcze jasne, czy nie będę musiał (i nie tylko ja) za tę rozrywkę zapłacić. Tak jak płacę za żałosne, moim zdaniem, sylwestrowe zabawy w Rynku każdego roku.
Jak piszeGazeta Wrocławska, nie wiadomo czy zarobimy czy stracimy na festiwalu, jaki odbył się przed tygodniem. Cóż, ja, zwykły człowiek, nie ogarniam może skali takiego festiwalu, ale mnie uczono, że dobrze jest wiedzieć naprzód, czy dane przedsięwzięcie biznesowe ma szansę powodzenia. Zwykły zdrowy rozsądek też nakazuje, by sprawdzić akwen zanim do niego wskoczymy na główkę. Niestety, w przypadku mariażu pieniędzy publicznych i prywatnych tak to nie działa. Robimy, każdy ma zarobić, a ewentualne straty pokryje społeczeństwo. Prywatyzacja zysków i upublicznianie strat odbywa się cały czas i mało już kto się temu dziwi. Większość raczej myśli o tym, jak samemu dorwać kawałek tego tortu.
Ciekawi mnie bowiem niezmiernie, czy firmy organizujące tego typu wydarzenia nie są nieco faworyzowane. Przecież taki model uprawiania biznesu jest po prostu poza zasięgiem olbrzymiej większości. Gdybym ja chciał zorganizować koncert, musiałbym opłacić salę, ekipę i całą resztę przedimprezą i potem modlić się, by zarobić. A tutaj nikt nie wie, czy zarobił. Mam jakieś niejasne poczucie, że mówi prawdę. Nie wie, bo to nikogo nie interesuje. Nie liczą się bowiem zyski wypracowane. Liczą się umowy zawarte wcześniej. Sama impreza nie ma nic do rzeczy.
Rzecz jasna, nie winię za bardzo właścicieli firm. Oni robią to dla zysku i to jest zrozumiałe, że wykorzystają każdą szansę. Ja też bym pewnie wykorzystał, gdybym miał takie ambicje. Sęk jedynie w tym, że trochę dziwne, że nie wiadomo, czy ich również obejmą straty, które ewentualnie powstaną. Choć jeśli nie, to nie będzie to winą przedsiębiorców, którzy po prostu dostali takie umowy. Ktoś inny je negocjował od strony miasta.
Oczywiście, mogę się mylić. Może jest tak, że dnie i noce urzędnicy oddelegowani na odcinek spółek miejskich (bo nie tylko przecież chodzi o spółkę Wrocław 2012) obmyślają strategie i plany, tworzą kosztorysy i namawiają wielkie gwiazdy do przyjazdu w imię idei dobra publicznego. I zarabiania pieniędzy przez miasto.
I choć nikt nie lubi się mylić, to ja naprawdę chciałbym w tej sprawie. Czego i sobie i wszystkim innym życzę. Tak samo mocno jak wyjścia na plus z tym koncertem.




Komentarze
Pokaż komentarze