Nie stać mnie na luksusy w rodzaju czytania codziennej prasy papierowej, nie robię zatem tego zbyt często. Czytam oczywiście internetowe wydania, ale to niezupełnie to samo. O czym od czasu do czasu się boleśnie przekonuję. Ostatnio znów pożywką stała się niezmordowana Gazeta Wyborcza. Nie wiem kiedy dokładnie, ale jakiś czas temu pojawił się na winiecie papierowego wydania napis głoszący dumnie: Nam nie jest wszystko jedno! Jak się domyślam, ma to być marketigowe zawołanie, doradzone zapewne przez firmę przeprowadzającą audyt. Władze spółki, za co trudno ich winić, zrobią przecież wszystko, by zwiększyć (lub chociaż utrzymać) sprzedaż. Dziennikarze, do piór!
I tę realizację zaleceń menagmentu widać w praktyce. Oto delikatna próbka – tekst o manifestacji w Krakowie przeciw projektowi ustawy o zgromadzeniach. Tytuł miał szokować – PiS i Wolne Konopie razem..., ale to tylko wstęp. Moim faworytem jest lead, czyli po polskiemu zajawka. Zajawka, co to ma zachęcić do lektury dalszej części artykułu, będącego owocem ciężkiej pracy osoby podpisanej bardzo skromnie mz. Możemy tam bowiem przeczytać, że „przedstawiciele skrajnych środowisk demonstrowali” przeciw projektowi ustawy o zgromadzeniach i dalej znajdziemy przytoczone hasła. Co tam hasła, to akurat mało istotne. Albo drugorzędne. Wystarczy bowiem popatrzeć na zamieszczone powyżej zdjęcie by odszukać flagi NSZZ „Solidarność” czy SLD. Można nie lubić przeciwników politycznych, ale mówienie per „skrajny” o członkach i członkiniach największego polskiego związku zawodowego czy partii, było nie było obecnej w parlamencie, to chyba lekkie nadużycie. Moim przynajmniej zdaniem. Zresztą tajemniczy (tajemnicza?) mz sam/sama sobie przeczy, cytując listę organizacji protestujących. A tam i PiS i Solidarna Polska i wspomniany SLD i grono innych, mniej lub bardziej znanych organizacji. Czy to, że mz nie wie o nich, oznacza że są skrajne i, w domyśle, niszowe? Godne pogardy po prostu?
Wymowa tekstu idzie zresztą dalej. Wykrzykiwane hasła są złe, bo antyrządowe. I, jakżeby inaczej, te najgorsze były inicjowane przez tych oszołomów z klubu Gazety Polskiej. Osoba pisząca zdaje się zupełnie nie pojmować, jak można krzyczeć na rząd, który tylko przypadkiem ma prezydenta pochodzącego z tej samej partii i który tę ustawę forsuje? Nie wie też, jak można nie chcieć spokoju i ciszy, następnych 500 dni powszechnej miłości i wytężonej pracy rządu? Ech, zdaje się mówić, ciemnota w tym Krakowie i tylko w nas, ludziach którym nie jest wszystko jedno, nadzieja. Tak przemawia do nas tajemnicza osoba podpisana mz. Nie wprost, skądże.
Nie wiem, czy tekst ten pojawił się w papierowej wersji na stronach ogólnopolskich czy może lokalnych. Czytając jednak tę internetową wersję mam wrażenie, że pisała go osoba, która z trudnością rozróżnia nie tylko partie i organizacje, ale także i zasady logicznego myślenia i językowej poprawności. Cóż, słabość intelektualną tego czy owego wyrobnika medialnego (media worker w moim autorskim tłumaczeniu) można jeszcze przeboleć. Problem jawi się poważniej, gdy uświadomimy sobie, że nie ma już w redakcjach nikogo, kto by takie i podobne teksty czytał. Nie ma na to ani pieniędzy (redukcje etatów to chleb powszedni) ani nawet czasu (liczy się szybkość, nie takie tam głupoty jak rzetelność, obiektywizm czy choćby poprawna polszczyzna). I to jest najsmutniejsze. Niestety, w starciu z tym nie jesteśmy bez winy i my, czytelnicy i odbiorcy. Uwierzyliśmy przecież, że informacja ma być błyskawiczna, bo tylko wtedy ma wartość. Może zatem nie powinniśmy się dziwić, że media mamy takie, na jakie zasługujemy? Skoro nam jest wszystko jedno...
Na szczęście z tego żałosnego pod względem dziennikarskim tekstu wyłania się coś, co może być promyczkiem nadziei. Zwiastunem czegoś dobrego. I to tak naprawdę stanowi zamierzoną przeze mnie puentę. Na przekór zmasowanym atakom propagandy, pokazującej jedynie słuszny kierunek, znależli się ludzie działający na przekór. I czyniący to w sposób zupełnie niespodziewany. Oto bowiem krakowianie pokazali, że w słusznej sprawie mogą zjednoczyć siły nawet te grupy, które na codzień walczą ze sobą. Czasem dosłownie tę walkę biorąc. Być może zatem są jeszcze tacy, którym nie jest wszystko jedno. I którzy działają społecznie bez rozkazów płynących od szefów pilnujących zysku. Obym się nie mylił.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)