Nie raz i nie dwa słyszeliśmy od naszych kochanych polityków, że w Polsce zbudujemy „drugą”. Jedni chcieli budować drugą Polskę, inni Japonię czy inną Irlandię. Na naszym małym lokalnym podwórku Rafał Dutkiewicz marzył (nadal marzy?) o zbudowaniu drugiej Bawarii z naszego skromnego województwa. Nie mam osobiście ani takich kompleksów by padać plackiem przed dokonaniami innych ani też takich ambicji. Niemniej to nie ja podejmuję decyzje. Jeśli jednak mogę coś doradzić, to może na początek lekturę piątkowego magazynu Gazety Wrocławskiej.
Znajdziemy tam wielce pouczającą, zwłaszcza dla urzędników troszczących się o obywateli, rozmowę z premierem Bawarii właśnie, panem Horstem Seehoferem. Ciekawe są zwłaszcza dwie kwestie, poruszone przez pana premiera.
Po pierwsze – edukacja. Nie ma takich środków, które byłyby za duże w tym obszarze. Pan premier mówi, że praktycznie jedna trzecia pieniędzy z budżetu przeznaczana jest na edukację. Jakoś jednak taki pogląd nie znajduje uznania ani wśród samorządowców wrocławskich ani dolnośląskich. Zamykanie szkół to już nie jakiś ewenement, ale pierwszy środek zaradczy przy ustalaniu nowego budżetu. Na poziomie zaś naszej lokalnej metropolii dużo się mówi o współpracy z uczelniami, zacieśnianiu więzów z biznesem i tak dalej, ale nikt nie dba o to, by w szkołach nie brakło papieru do ksero czy książek w bibliotece. Choćby tylko tekstów lektur. Że o komputerach nie wspomnę.
Po drugie – gospodarka. Tutaj to już pan premier zaczyna głosić herezje, przynajmniej w porównaniu do poglądów naszego pana prezydenta. Otóż mówi jasno o tym, że to państwo musi stawiać cele, wyznaczać kierunki i regulować pewne kwestie, nie pozwalając na samowolę gospodarki rynkowej. Potrzebna jest jakaś równowaga, podobnie jak udział obywateli w podziale wypracowanych środków. U nas zaś pozostaje wiara w trickledown theory, czyli skapywanie bogactwa. Kiedyś określane mianem okruchów z pańskiego stołu, ale to były zapewne czasy zabobonnego polskiego ciemnogrodu. A my tu przecież z postępem, europejskie miasto budujemy.
Nasze elity wierzą też wciąż, że prywatne znaczy lepsze. I nie dziwi ani jednego urzędnika, że nikt jakoś nie buduje prywatnych linii tramwajowych czy kolejowych. Jako przykład szef rządu bawarskiego podaje rozbudowę infrastruktury szybkiego Internetu. Uznanie, że będzie szybciej, gdy zajmą się tym władze, sprawdza się w praktyce. To znaczy w Bawarii, bo nie na Dolnym Śląsku. Kto nie wierzy, niech poszuka szerokopasmowego łącza poza centrum i sypialniami Wrocławia. Albo w Środzie Śląskiej czy Oławie. Obrzeża miasta spotkań to nadal spotkania głównie na żywo, bez udziału technologii. O bezprzewodowej miejskiej sieci lepiej wcale nie wspominać. Dla naszych decydentów partnerstwo publiczno prywatne to co najwyżej oddanie ziemi i pieniędzy w prywatne ręce i czekanie na efekty. Rezultaty widać wyraźnie nie tylko w bliskim sąsiedztwie Stadionu Miejskiego.
Tyle wystarczy, kto ciekaw odnajdzie resztę. I może nareszcie zrozumie, dlaczego drugą Bawarią nigdy nie będziemy.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)