Miałem w ogóle nie pisać o „Niezbędniku” wydanym przez SLD i dziś już zwanym ironicznie czerwoną książeczką Millera. Dużo różnych słów padło, więc nie chciałem się powtarzać. Poza tym robienie szumu służy tylko nagłośnieniu całej sprawy. Jednak po kilku dniach stwierdziłem, że może warto zwrócić uwagę na kwestie, których nie poruszał chyba nikt z dotychczasowych recenzentów.
Odejdźmy od sporu o to, czy Sojusz mógł wydać swoją wersję historii. Dla mnie – zdeklarowanego przeciwnika polityki tego ugrupowania – nie ulega wątpliwości, że miał i ma do tego pełne prawo. Na tym polega demokracja, że każdy może pisać o swoich przekonaniach i poglądach. Także na sprawy historyczne. Niemniej przedstawianie swojego dokonania jako czegoś w rodzaju kanonicznej wizji, do której zobowiązany ma być każdy lewicowiec w tym kraju, zakrawa już na nadużycie.
Sporo napisano o tym, jak źle dokonano wyboru faktów, co pominięto i dlaczego. Kto ciekaw, na pewno znajdzie, nie mam zamiaru powtarzać słów innych. Mnie osobiście dużo bardziej interesuje to, co napisano. A napisano żałośnie mało, skrótowo i ogólnikowo tak, że nic z tego niezbędnika nie wynika. To zaledwie zarys, ewentualnie konspekt tego, co należałoby dopiero napisać. Rozumiem dobrze, że w dzisiejszych czasach grube książki nie są w modzie, nie tylko z powodu cen druku, ale niechęci rodaków do czytania. Pójście jednak w stronę tabloidów nie służy jakości. Więcej informacji – i bardziej obiektywnych – można znaleźć w gimnazjalnych podręcznikach. SLD wydało jedynie kiepskiego bryka, z którego być może wreszcie pan Joński będzie mógł się dowiedzieć, kiedy naprawdę było Powstanie Warszawskie, ale ktoś zainteresowany choć trochę historią po prostu nie dowie się niczego.
Smutne jest także, że po dwóch latach pracy zespołu redakcyjnego wyszło coś o objętości np. „Historii Do rzeczy” czy innej tego typu publikacji któregoś z tygodników opinii. Porównanie rzeczowości tekstu z tymi, które publikują prawicowi historycy obnaża jeszcze większą indolencję intelektualną formacji mieniącej się jedyną lewicą w Polsce. Każdy, kto spojrzy na bibliografię, pomieszczoną na końcu, będzie mógł przekonać się sam. Smutny jest brak podstawowych prac – np. monografii poszczególnych okresów naszej historii – nie świadczący dobrze o trosce twórców o czytelnika. Ktoś zainteresowany tematem skazany będzie na samotne poszukiwania. Równie dobrze może je przeprowadzić sam od początku.
Trudno oczywiście nie zauważyć, że to całe zamieszanie wcale nie służy przełamywaniu prawicowej narracji o historii, o czym pisał w obronie wydawnictwa Michał Syska. Ten kilkudziesięciostronicowy bryk ma jedynie służyć politycznej rozgrywce. Leszek Miller walczy o polityczne życie wszystkimi możliwymi sposobami. Próbuje na nowo ustanowić hegemonię Sojuszu jako jedynej lewicowej partii. Na razie jednak środki, którymi próbuje to uczynić, zdają się bardziej szkodzić niż pomagać. Wydawanie takich słabych merytorycznie publikacji na pewno nie sprawi, że partia Millera nagle skoczy w sondażach. No chyba, że w dół. Bo choć prawdą jest, że każdy pisze (lub może pisać) własną historię, to trzeba to robić na pewnym poziomie. W tym wypadku poziom jest, niestety, żaden. Prawicowa narracja może spać spokojnie.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)