Jestem – wstyd to przyznać – ekonomicznym ignorantem. Zatem raczej nie będę wypowiadał się na temat wpływu kryzysu finansowego na pojmowanie gospodarki przez liberałów. Być może poza zaznaczeniem swej intuicyjnej sympatii dla opinii ekonomistów takich jak Roman Frydman, który mówi, że kryzys wykazał – tym, którzy jeszcze o tym nie wiedzieli – absolutne fiasko neomonetaryzmu i paradygmatu opartego na homo oeconomicus. Zwrócił on też uwagę na te tematy, których tradycyjnie ekonomiści unikali i nie rozumieli – na przykład rolę intuicji, przypadku, irracjonalności psychologicznej itp. Ale powtarzam: jako ekonomiczny agnostyk nie będę się na ten temat wypowiadał (tym bardziej, że nie wiem, na ile moja intuicyjna sympatia dla teorii Frydmana jest podyktowana całkowicie nie-intuicyjną sympatią dla człowieka…)
Spośród pytań zadanych przez Kulturę Liberalną wyławiam więc to, które jest bliskie moim zainteresowaniom. Jako obserwator, a w dużej mierze też zwolennik i (na swoją skromną miarę) propagator liberalizmu politycznego i prawno-obyczajowego, zajmę się kwestią następującą: czy ostatni kryzys finansowy jakoś wpłynął na te dziedziny.
Wydaje mi się, że raczej nie. Istnieje zapewne jakaś teoria socjologiczna, mówiąca, że w czasach kryzysów gospodarczych – gdy trzeba zaciskać pasa, a przekonanie o stałym linearnym postępie i o tym, że z roku na rok może być tylko coraz lepiej, załamuje się – rosną akcje moralnego rygoryzmu, purytanizmu, surowości, bezwzględności i nietolerancji względem bliźnich. Czy taka teoria ma empiryczne podstawy – nie mam pojęcia, choć można spekulować, że jest intuicyjnie przekonująca. Ale są to tylko spekulacje.
Natomiast mniej spekulatywne są związki między kryzysem finansowym, z którego właśnie podobno wychodzimy, a ogólnym pojmowaniem roli państwa w regulacji rynków finansowych, a zapewne i szerzej – gospodarki. Symbolicznie kluczową jest tu kwestia zarobków czołowych menadżerów, zwłaszcza instytucji finansowych. W publicznej wyobraźni i w społecznym pojmowaniu sprawiedliwości społecznej (chociem liberał, to nie boję się tego słowa) obraz wielkich firm, zbankrutowanych i podtrzymywanych przy życiu dzięki potężnym subwencjom opłacanym przez podatników, których szefowie odchodzą z tych firm z wielomilionowymi (a często kilkusetmilionowymi) „pakietami”, jest po prostu nie do zaakceptowania.
Dla niektórych liberałów taka reakcja jest typowym przykładem populizmu. A cóż może być obrzydliwszego dla liberała niż populizm? Otóż wydaje mi się, że jeśli liberałowie pójdą tym tropem, skarzą się na jeszcze większą marginalizację niż ta, która obecnie jest ich udziałem.
Nie ma niczego uzasadnionego liberalnie, niczego specjalnie „wolnorynkowego” w tym, że system regulacji wielkich instytucji finansowych sprzyja podejmowaniu krótkoterminowego ryzyka przy niedocenianiu długofalowych konsekwencji (bo tzw. „bonusy” są uzależnione od krótkoterminowych rezultatów strategii finansowej). Nie ma również niczego liberalnego ani wolnorynkowego w tym, że pozytywne efekty ryzyka (gdy strategia się uda) są „internalizowane” przez małą grupę menadżerów, zaś koszty ryzyka są „eksternalizowane” na masę udziałowców firmy lub podatników. Nie ma wreszcie niczego liberalnego ani wolnorynkowego w tym, że wpływ udziałowców czy akcjonariuszy na wynagrodzenia szefów firm jest praktycznie żaden.
Kwestia wynagrodzeń kierowników (tzw. executive compensation) jest tylko szczytem góry lodowej w kwestii relacji między regulacją państwową a korporacjami. Jest to jednak szczyt szalenie ciekawy. Nie tylko dlatego, że rozpala masową wyobraźnię (obrazek szefa, który doprowadził firmę do ruiny, po czym odchodzi z niej z bajecznym wynagrodzeniem, nieźle nadaje się na długie dyskusje przy kolacji, niewymagające specjalnej wiedzy ekonomicznej). Także dlatego, że skupia się w nim jak w soczewce (by zmienić metaforę) cały splot dylematów dotyczących państwowych regulacji prywatnych firm. Pomysł, że liberał musi zaakceptować szkodliwy nonsens głoszący, że im mniej regulacji, tym lepiej (tak jakby istniał jakiś pierwotny stan wolnego rynku, w którym stosunki korporacyjne nie są zdeterminowane przez prawo pozytywne, np. przez prawo podatkowe, własności, umów, antymonopolistyczne itp.), jest obraźliwy dla inteligencji liberałów. I być może ostateczne zdyskredytowanie tego głupiego a szkodliwego konceptu będzie jednym z pozytywnych skutków obecnego kryzysu finansowego.
* Wojciech Sadurski, profesor nauk prawnych.
Więcej tekstów na ten temat na stronie Kultury LIberalnej
Inne tematy w dziale Gospodarka