Kultura Liberalna Kultura Liberalna
595
BLOG

OBIREK: W Polsce recepcji Soboru po prostu nie było

Kultura Liberalna Kultura Liberalna Kultura Obserwuj notkę 10

Nawet po zmianie systemu politycznego w 1989 roku polscy teolodzy katoliccy nie dokonali twórczego rozwinięcia dokumentów soborowych. W języku kościelnym nazywa się to nieco zagadkowo „misją kanoniczną”, a w praktyce oznacza to dość rygorystyczny system kontroli i cenzury. 

Nie czuję się dzieckiem Soboru Watykańskiego II. Nie należę też do pokolenia, które przeżyło to wydarzenie jako przełomowe. Po raz pierwszy zapoznałem się z jego dokumentami jako nowicjusz zakonu jezuitów w połowie lat 70. i wydały mi się czymś tak oczywistym, że prawie banalnym – jedynym problemem był brak ich przełożenia na praktykę codzienną. Gdy w 1980 roku wyjechałem na studia teologiczne do Włoch, wydawało mi się, że takie przełożenie jest możliwe. Tak więc katolicyzm posoborowy jest jedynym, jaki znam. Poznałem go jednak nie w Polsce, ale we Włoszech, Niemczech, Francji i USA. Gdy próbowałem o tym mówić w Polsce, byłem traktowany jako nowinkarz, bywało, że jako heretyk. Trudno się dziwić, że moje drogi z polskim katolicyzmem się rozeszły.

Marginalizacja głosów krytycznych

W Polsce refleksje nad dokumentami soborowymi zostały zastąpione apologetycznym zachwytem nad wkładem Jana Pawła II w przemiany polityczne w Europie Środkowej i Wschodniej. Ostatnio mistrzem w tego rodzaju politologicznej refleksji jest amerykański biograf Jana Pawła II i konserwatywny politolog George Weigel. Krytyczne głosy teologów katolickich są niemal nieobecne. Środowiska, które w latach 60. i 70. próbowały przynajmniej relacjonować powstawanie dokumentów soborowych i ich trudną implementację w samym Kościele na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi”, zostały całkowicie zmarginalizowane i w Kościele nie odgrywają żadnej roli.

Pytanie „Kultury Liberalnej” uważam więc za chybione. Nie uwzględnia istotnego przełomu, jakim był i jest Sobór Watykański II dla katolików, którzy go współtworzyli i którzy próbują wyciągnąć z niego nie polityczne, ale teologiczne konsekwencje. Już sam sposób pytania ustawia bowiem fałszywą perspektywę; zakłada bowiem, że nad Wisłą w rzeczy samej doszło do recepcji dokumentów. Sam jestem ciekaw, jak inni odniosą się do tak sformułowanego zamysłu zawartego we wstępie do tego numeru.

O co chodziło w Soborze

Jedyne, co mogę zrobić, to przypomnieć, o co na tym Soborze chodziło i wskazać na linie rozwoju, których u nas nawet nie próbowano śledzić. Moim przewodnikiem będzie John W. O’Malley, autor wydanej przed rokiem przez polskich jezuitów książki „Co się zdarzyło podczas Soboru Watykańskiego Drugiego”, która, o ile wiem, nie stała się przedmiotem poważnej debaty, wiec pozwalam sobie przypomnieć jej główne tezy. Autor, amerykański jezuita, nie tylko był naocznym świadkiem opisywanych wydarzeń, ale również potrafił wyobrazić sobie alternatywne scenariusze pisane przez uczestników Soboru Watykańskiego II.

W Polsce znamy tylko ten napisany najpierw przez Stefana Wyszyńskiego, a po jego śmierci przez Karola Wojtyłę, który w 1978 roku przyjął imię Jana Pawła II i dzięki tej zmianie mógł swoją wersję Soboru przedkładać już nie tylko polskim katolikom, ale i całemu Kościołowi katolickiemu. A mogło być inaczej. O’Malley twierdzi bowiem, że to, co naprawdę się wydarzyło, to zmiana języka.

To w języku bowiem dokonał się prawdziwy „zwrot” Kościoła katolickiego. Nie chodzi tu tylko o wprowadzenie nowych słów do słownika teologii katolickiej, takich jak wolność sumienia, dialog, godność osoby ludzkiej, współpraca z innymi wyznaniami, szacunek dla innych religii czy dostrzeżenie istnienia ludzi świeckich w Kościele. Zdaniem O’Malleya: „Nie ulega wątpliwości, że kwestia stylu była ważnym zagadnieniem na Soborze. Spierano się o tak błahe – z pozoru – sprawy, jak gatunek literacki dokumentów i stosowane w nich słownictwo, a protagoniści zapewne nie zawsze uświadamiali sobie głębokie implikacje dysput, w które się angażowali. Literacki styl był, by tak rzec, jedynie zewnętrznym wyrazem czegoś, co miało zapaść w duszę Kościoła – i w dusze wszystkich katolików. Było to coś znacznie więcej niż taktyka lub strategia, znacznie więcej niż proste przyjęcie bardziej «pastoralnego języka». Było to «wydarzenie językowe». Język wskazywał i wywoływał zmianę wartości lub priorytetów. W tym stopniu wskazywał on i wywoływał wewnętrzną konwersję”.

Warto się zastanowić nad tajemniczo brzmiącym wyrażeniem „wewnętrzna konwersja”, jest to bowiem jedno z kluczowych pojęć języka religijnego. I to nie tylko chrześcijańskiego. Oznacza radykalną zmianę, do jakiej dochodzi pod wpływem głębokiego doświadczenia. Zwykle łączy się ze zmianą dotychczasowego stylu życia i odejściem od wcześniejszych praktyk. W skrajnych przypadkach dochodzi do zerwania z przeszłością. Francuski jezuita Michel de Certeau, baczny obserwator zmian zachodzących w Kościele w latach 60. i 70. XX wieku i ich aktywny uczestnik, mówił o „zerwaniu odnowicielskim” (rupture instauratrice). De Certeau wyciągnął z tego antropologiczne i teologiczne konsekwencje; przestał zajmować się instytucjami kościelnymi i doświadczeniami mistycznymi, ale „wszedł między ludzi” i analizował ich codzienne życie. Jego książki są w tej chwili dostępne również dla polskiego czytelnika, który może się o tym przekonać.

„To mnie nie zaskakuje. Papież to despota”

Na czym ten zwrot polegał w przypadku rzymskiego chrześcijaństwa? Konsekwencje są poważniejsze, niż mogłoby się wydawać. „Przyswojenie sobie nowego języka tak gruntownie, aby żyć w zgodzie z nim, musi pociągać za sobą wewnętrzną transformację. Chodzi o coś znacznie więcej niż nauczenie się nowych określeń dla swych starych pojęć. Poprawne posługiwanie się nowym językiem oznacza pełne przyjęcie wartości i wrażliwości kultury innej niż własna.” Tak więc również Kościół, w świetle powyższego stwierdzenia, powinien stać się inny. I stał się inny. Do takiej zmiany doszło w krajach, gdzie dokumenty zostały nie tylko przetłumaczone, ale i wdrożone w codzienne życie wspólnot kościelnych. Tak się stało w Ameryce Południowej, przede wszystkim dzięki tak zwanym wspólnotom podstawowym i ich liderom – teologom wyzwolenia. Tak dzieje się w Azji i Afryce, gdzie chrześcijaństwo jest jedną z wielu religii, a katolicy w wielu krajach są w zdecydowanej mniejszości. To dla nich otwarcie na inne wyznania i religie oznaczało rozpoczęcie nowego rozdziału; nie konfrontacja, ale dialog ekumeniczny i międzyreligijny wyznacza ich wiarę. Podobnie katolicy krajów Ameryki Północnej, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz w krajach Europy Zachodniej, odkryli w kulturze nowożytnej partnera do dialogu.

Polskim katolikom to otwarcie zostało zaoszczędzone. I to nie tylko w latach trwającego Soboru, którego recepcja była utrudniona przez komunistyczny reżim. Również po zmianie systemu politycznego w 1989 roku zawartość dokumentów soborowych i ich twórcze rozwinięcie przez współczesnych teologów katolickich nie jest znane. Nieliczni wtajemniczeni musieli uzyskać zgodę hierarchów, a zwłaszcza rozlicznych watykańskich kongregacji, na rozpowszechnianie tej wiedzy. W języku kościelnym nazywa się to nieco zagadkowo misją kanoniczną (missio canonica), a w praktyce oznacza to dość rygorystyczny system kontroli i cenzury.

Jednym z przykładów polskiej osobliwości recepcji Soboru Watykańskiego II jest rozpowszechnione wśród polskich hierarchów przekonanie, że jego najważniejszym dokonaniem było ogłoszenie Matki Boskiej Matką Kościoła. Nie ulega wątpliwości, że stało się to w dużym stopniu dzięki zabiegom polskiego Episkopatu. Tymczasem dla wielu uczestników tego wydarzenia było to wyrazem… autorytaryzmu papieskiego. Dobitnie wyraził to w rozmowie z francuskim dominikaninem Yves’em Congarem jeden z najwybitniejszych teologów soborowych Gerard Philips, który na wieść o zamiarach Pawła VI dotyczących wprowadzenia tego nowego tytułu maryjnego zareagował krótko: „To mnie nie zaskakuje. Papież to despota. Jest absolutnie zdecydowany, aby potwierdzić swoją wyższość nad soborem”.

Trudno nie zgodzić się z tą gorzką uwagą. Jednym z nierozwiązanych i brzemiennych w skutki problemów pozostała sprawa autonomii biskupów. Jak się łatwo domyśleć, tak zwani posoborowi papieże wykorzystali ów brak regulacji, by tę autonomię ograniczać. Jak bardzo Congar miał rację, można się przekonać, czytając rozmowę z jednym ze współtwórców Soboru Watykańskiego II, Hansem Küngiem, który na łamach brytyjskiego „Guardiana” wezwał kilka dni temu do rewolucji i do obalenia autorytarnych rządów rzymskiej hierarchii. Można się zastanawiać nad zasadnością pewnych porównań i paraleli, ale trzeba pamiętać, że to głos katolickiego księdza i jednego z najbardziej zasłużonego teologów. Choć ten głos w Polsce pozostanie bez odzewu, warto przynajmniej go poznać. (http://www.guardian.co.uk/world/2012/oct/05/catholic-revolution-nazi-dictatorship-pope).

* Stanisław Obirek, profesor historii, teolog, były jezuita, twórca Centrum Kultury i Dialogu przy Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie. W 2011 roku opublikował „Umysł wyzwolony w poszukiwaniu dojrzałego katolicyzmu”.

** Tekst ukazał się w dziale "Temat tygodnia", w „Kultura Liberalna” nr 196 (41/2012) z 9 października 2012 r.

"Kultura Liberalna" to polityczno-kulturalny tygodnik internetowy, współtworzony przez naukowców, doktorantów, artystów i dziennikarzy. Pełna wersja na stronie: www.kulturaliberalna.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Kultura