Kultura Liberalna Kultura Liberalna
254
BLOG

Do Syrii nikt już nie pojechał. Wojna PiS-PO jest tańsza

Kultura Liberalna Kultura Liberalna Kultura Obserwuj notkę 0

Z Jerzym Haszczyńskim rozmawia Agnieszka Wądołowska 

Całość: CZYTAJ TU

Agnieszka Wądołowska: Teraz dział „Świat” w „Rzepie” tworzy zaledwie kliku dziennikarzy. Ilu ich było, gdy pan zaczynał?

Jerzy Haszczyński: Przez chwilę mieliśmy korespondentów we wszystkich krajach sąsiadujących z Polską, czyli siedmiu, i w tak odległych miejscach jak Stany Zjednoczone, Izrael, Australia czy Korea Południowa. W sumie co najmniej kilkanaście osób mieszkających za granicą, których podstawowych zajęciem było pisanie dla „Rzeczpospolitej”.

A teraz została nam jedna stała korespondentka w Brukseli. A trzeba pamiętać, że Bruksela jest specyficzna, ponieważ jest dość polska. Różne decyzje, które tam zapadają, dotyczą naszego kraju.

Niektórzy argumentują, że nie potrzebujemy tych ludzi „na miejscu”. Choćby w przypadku Wiosny Arabskiej aktywiści wrzucali filmiki na YouTube, na Twitterze pełno było informacji.

Pewnie, tylko że to jest pułapka. Najgorsze jest to, że likwidując stałych korespondentów, likwiduje się wyjazdy zagraniczne. Trzeba zdać sobie sprawę, że żaden polski dziennikarz nie był w Syrii, a w każdym razie − mimo że konflikt trwa kilkanaście miesięcy − żadne duże medium na serio tego nie obsłużyło. Jeszcze początek Wiosny Arabskiej to był ostatni moment, kiedy redakcje wysyłały dziennikarzy. Sporo wysłało do Egiptu, to był ostatni moment, w którym polscy dziennikarze uczestniczyli w ważnym wydarzeniu zagranicznym. W Tunezji to byłem ja i może jeszcze ze dwie osoby. W Libii też już była garstka.

Sam powiedział pan, że to pokładanie zaufania w często nieweryfikowalnych źródłach to pułapka.

Tak, bo czy to nie jest niebezpieczne, że polscy dziennikarze nie weryfikują na miejscu? Jasne że jest tak. W każdym konflikcie, a zwłaszcza w czasie rewolucji propaganda wojenna jest niezwykle istotna. Dzisiaj bardzo łatwo ją prowadzić bo są portale społecznościowe. Zakładanie, że wszystko, co rewolucjoniści wrzucą na Facebooka jest prawdą, to absurd. Na miejscu też jest trudno weryfikować informacje, ale tam człowiek się nie ogranicza do internetu, a czasem jest się od niego odciętym, bo internet bywa wyłączany przez dyktatorów. Tam się przynajmniej ma szansę być bardziej obiektywnym.

Mnie się wydawało, że to Irak był ostatnim miejscem, w którym można było jeszcze zrobić karierę korespondenta. Wtedy wydawało się, że ludzie czytali o tym z zapartym tchem. W końcu wysłaliśmy tam wojska.

Co do Iraku, w tym sensie ma pani rację, że to było duże zainteresowanie, inna była finansowa sytuacja mediów i sytuacja w samej Polsce. Nie było tego całego konfliktu między PO i PiSem. Nie było przekonania wydawców, zwłaszcza w mediach elektronicznych, że wystarczy ustawić dwóch krzykaczy i to przyciągnie największą uwagę. To między innymi sprawiło, że pojawiło się przekonanie, że nie trzeba wydawać pieniędzy na wysyłanie ekipy na drugi koniec świata, skoro oglądalność tego jest dwa czy trzy razy mniejsza, niż tego, co można zrobić za darmo. Ci panowie sami przyjadą własnymi samochodami i będą jeszcze zachwyceni, że mogą buzie całej Polsce pokazać. Wtedy internet nie zagrażał jeszcze gazetom papierowym, a one, na początku pierwszej dekady tego tysiąclecia, przeżywały najlepsza sytuację finansową.

Całość wywiadu: CZYTAJ TU

*Jerzy Haszczyński, wieloletni szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”

** Agnieszka Wądołowska, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”

*** Tekst ukazał się w dziale "Temat tygodnia", w„Kultura Liberalna” nr 198 (43/2012) z 23 października 2012 r.

"Kultura Liberalna" to polityczno-kulturalny tygodnik internetowy, współtworzony przez naukowców, doktorantów, artystów i dziennikarzy. Pełna wersja na stronie: www.kulturaliberalna.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura