Gdy chodzi o istnienie działów reporterskich, wszystko rozbija się przede wszystkim o pieniądze. Każdy wyjazd dziennikarza jest dokładnie analizowany: „czy aby konieczny?”. Reporterzy zagraniczni są na pierwszych miejscach do cięć, bo ich utrzymanie kosztuje nieporównanie więcej, niż reportera sejmowego. W Polsce stałych korespondentów zagranicznych ostała się już tylko garstka. Najbardziej te ograniczenia odczuła prasa, która wydaje się gatunkiem ginącym, ale cięcia widać też w telewizji. TOK FM od początku swojego istnienia w obecnej formule, zmuszone było do oszczędnego gospodarowania, ale i dla nas każdy wyjazd dziennikarza jest (tak twierdzi szefostwo) ogromnym obciążeniem budżetowym i gimnastyką finansową.
Paryż na podstawie pocztówek
Wiele zmieniła też wywołana upowszechnieniem internetu transformacja, czy może raczej śmierć mediów jakie znamy. Sieć daje pozorną możliwość zastąpienia korespondenta. Kiedyś gdyby dziennikarz nie pojechał, nie zobaczył i nie porozmawiał, to czytelnicy po prostu by się nie dowiedzieli. Albo dowiedzieliby się znacznie później. A teraz dzięki internetowi mamy dostęp do mediów zagranicznych, do świadków, który opisują zdarzenia na portalach społecznościowych. Tyle, że oczywiście to jest bardzo miałkie placebo. Bo nie uwzględnia faktu, że dziennikarz dzięki wiedzy i doświadczeniu potrafi opisać, zanalizować, wytłumaczyć, nadać kontekst, a przede wszystkim – zobaczyć. To tak, jakby opisywać Paryż na podstawie pocztówek. Albo smak lodów pistacjowych na podstawie relacji kogoś innego. To są truizmy na banalnym poziomie. Bez porządnej pracy dziennikarskiej trudno zainteresować czytelnika wyborami w Brazylii, czy transformacją w Birmie. A to fascynujące zdarzenia, które mają duże znaczenie, choć może nie bezpośrednio, dla życia Polaków. Swoją drogą, warto pamiętać także o tym, że internet powoduje niesamowity, trudny do opanowania szum informacyjny. Być może, bombardowanymi niemożliwą do ogarnięcia ilością informacji, ludzie chronią się w najbliższym otoczeniu. I to na nim skupiają uwagę.
Nawet Litwinów nie rozumiemy
Wojna w Iraku, dopóki trwała, była często pokazywana w mediach. Niestety, choć ta w Afganistanie toczy się nadal, polskie media prawie nie opisują, co w tym kraju się dzieje. Doniesienie najczęściej dotyczą polskiej armii, z rzadka afgańskiej polityki, czasem skandalicznych naruszeń praw człowieka, ale reportaży z życia Afgańczyków nie ma. Powszechnie uważa się, że to za drogie, niebezpieczne i skrajnie trudne.
Na tym nie koniec. Działy zagraniczne kurczą się niezależnie od ambicji polskich dyplomatów. Ameryka Południowa, Azja, czy Afryka, które w zasadzie nigdy nie zajmowały uwagi rządowych speców od polityki zagranicznej, były dawniej tematem reportaży. Dziś już takich tematów niemal się nie spotyka.
Z pewnością wektory polskiej polityki zagranicznej pokrywają się z medialnym zainteresowaniem danym regionem. Najwięcej słyszymy o Stanach Zjednoczonych, Rosji, a przede wszystkim Unii Europejskiej. Tyle, że zbyt często mamy do czynienia jedynie z doniesieniem politycznym. Mało wiemy o codziennym życiu na Białorusi, a Litwinów nie rozumiemy. Z drugiej strony, dyskusje kryzysowe i integracyjne w Unii Europejskiej osiągnęły taki poziom zaawansowania, że jasne przekazanie i wytłumaczenie czytelnikom procesów, które tam zachodzą, i jeszcze zainteresowanie ich, to ogromne wyzwanie, któremu nie potrafi podołać zbyt wielu dziennikarzy. Co również ważne: z gazet brytyjskich nie za wiele dowiemy się o Białorusi, czy Ukrainy. Z pewnością dziedzictwo historyczne (w tym kolonialne), interesy polityczne i gospodarcze i być może wielokulturowość mają wpływ na to, którymi regionami interesują się czytelnicy w danym kraju. O Azji, Afryce, ale też prawach człowieka, wyzwaniach rozwojowych, ekologicznych przeczytamy na przykład w mediach szwedzkich, bo te ostatnie tematy po prostu interesują Szwedów.
50 sekund
Artykuły kurczą się, tak jak i informacje w serwisach radiowych, które pędzą, z obawy, że stracą uwagę słuchaczy (w ten sposób tłumaczą te zjawiska znawcy rynku, którzy poznają świat dzięki liczbom i tabelkom). Tymczasem, z oczywistych powodów, nie wszystko da się skrótowo, ale porządnie opowiedzieć w 50 sekund (a preferowane jest 45 sekund. Zresztą innych stacjach jeszcze mniej). TOK FM ma tę przewagę, że zamiast na muzykę czas między serwisami przeznacza właśnie na rozwinięcie wątków i tematów. I jest spora grupa ludzi, która słowa, a nie muzyki właśnie chce.
Ponieważ w mediach jest coraz mniej pieniędzy i miejsca, żeby opowiadać, reporterzy zaczęli pisać książki. Ludzie ponoć są zabiegani i nie mają czasu, by czytać porządne i długie reportaże, które stają się (kosztownymi) daniami dla koneserów. Tymczasem ta sama grupa, która słucha rozwiniętych serwisów publicystycznych, interesuje się reportażem literackim. Może to moda, że takich książek sprzedaje się coraz więcej. Na świecie już od wielu lat mówi się o śmierci fikcji, powieści, a zwycięstwie faktu. A może – jak mówią inni – kolejne oblicze społeczeństwa pragmatycznego.
* Agnieszka Lichnerowicz, dziennikarka radia TOK FM.
** Tekst ukazał się w dziale "Temat tygodnia", w„Kultura Liberalna” nr 198 (43/2012) z 23 października 2012 r.



Komentarze
Pokaż komentarze