Lech-Blo-G.
Jestem, więc myślę. Myślę, by poznać. Poznaję, aby zrozumieć. Jestem.
9 obserwujących
440 notek
140k odsłon
1191 odsłon

Błękitny Anioł. Wamp w pozie życia

- Nie, nie, nie, byłam już obfotografowywana na śmierć – złościła się Marlena / Stern - archiwum
- Nie, nie, nie, byłam już obfotografowywana na śmierć – złościła się Marlena / Stern - archiwum
Wykop Skomentuj16

Lech Galicki
,, Marlena Dietrich, prawdziwe nazwisko Maria Magdalena von Losch, urodzona w roku 1904, amerykańska aktorka filmowa pochodzenia niemieckiego, sławna gwiazda ekranu lat trzydziestych, reprezentowała typ kobiety wampa ( Błękitny Anioł, Blond Wenus)”.
Encyklopedia Popularna PWN 1982, Wyd.13
   Przed 1966 rokiem Marlena Dietrich zamieszkała w domu przy Avenue Montaigne nr 12, w pobliżu Champs Elysees w Paryżu. Od roku 1979 prawie nie opuszczała  swojego mieszkania. W niemieckiej gazecie Stern kąśliwie pisano:,, największa aktorka niemiecka w swojej ostatniej, wielkiej roli – odtwórczyni wiekowej, bardzo znanej aktorki. Film: Mit Marleny. Artystka realizuje  go od jedenastu lat, a prawie dziewięćdziesięcioletnia dama gra samą siebie z roku na rok coraz lepiej. A gra to jest niezwykła. Nikt nie może jej fotografować ani też odwiedzać. Żadnych wywiadów. Nikt także nie wie co zostało z pięknego, porcelanowego oblicza aktorki w okresie pełni jej sławy. Zmarszczki? Nalana twarz? Zapadnięte policzki?
   Co kilka lat , sekundy przed zapomnieniem, gwiazda daje znak życia. Ostatni raz  uczyniła to trzeciego pazdziernika 1990 roku, w dniu zjednoczenia Niemiec. Chciałabym – powiedziała – jeszcze raz zobaczyć mój rodzinny Berlin. Od tego czasu mieszkańcy tego miasta czekają na Błękitnego Anioła”.
  - Nie, nie, nie, byłam już obfotografowywana na śmierć – złościła się Marlena na jednego ze swoich niewielu przyjaciół, aktora i reżysera Maximiliana Schella, kiedy ten poprosił ją, aby stanęła przed kamerą w roku 1982, gdy realizował film zatytułowany ,,Marlene”. Schell pytał także, czy może wykonać parę ujęć w jej paryskim mieszkaniu. I ponownie usłyszał kategoryczne: Nie, nie, nie! Odmówiła wielu, bardzo wielu fotoreporterom. - Nikt nie wkroczy do mojego prywatnego życia- kipiała złością Marlena Dietrich. Już wcześniej w roku 1980 kazała zamurować główne drzwi  wejściowe prowadzące do jej mieszkania. Po więcej niż dekadzie, niespodziewanie uchyliła przed dziennikarzem w sobie tylko znany tajemny sposób drzwi kuchenne. Dlaczego? Odpowiedzi może być wiele.
   Fotografie rodzinne, niewyrazne obrazy minionego czasu zatrzymane w bezruchu przez fotografa – amatora. Przez to bardzo prawdziwe, ludzkie i niewymuszone, bez póz i sztucznych uśmiechów.
    Tylko osiem zaufanych osób może bez problemu wchodzić do jej mieszkania kuchennymi schodami, wejściem dla służby: jej córka Maria, prawnuk Pierre, sekretarka Norma, gospodyni Valentina, przyjaciel Louis  i trzy dozorczynie budynku.
     Każdego ranka o godzinie 6.30 przychodzi również portier hotelu Plaza, lecz zatrzymuje się już przed czerwonobrunatnymi drzwiami dla służby i zostawia olbrzymi stos  gazet.  Sześć kilogramów papieru. Porcja lektury na weekend wynosi osiem kilogramów.
   Apartament Marleny Dietrich składa się z trzech pomieszczeń, prawie zawsze zaciemnionych. Jadalnia, salon, nadto: sień, kuchnia  natrysk i dwie toalety. Powierzchnia mieszkalna jest niezbyt duża – 90 metrów kwadratowych. Aktorka wykorzystuje praktycznie jedną trzecią mieszkaniowego dobra. Sypialnia do życia z dnia na dzień, z nocy na noc i salon do marzeń i wspomnień. Na stole i dwóch szafkach, w pokoju, pani Dietrich ustawiła swoje najcenniejsze pamiątki. To jakby muzeum, w którym tylko ona jest kustoszem i przewodnikiem. I zwiedzającym gościem z własnej przeszłości. Muzeum wspomnień. Wszystko musi leżeć, wisieć zawsze na swoim miejscu, aby zawsze było pod ręką gwiazdy, aby można było natychmiast dotknąć każdy przedmiot. Stosy książek: angielskich, francuskich, niemieckich z Handke i Boelem na wierzchu.
   Gdzieniegdzie  piętrzą się  czasopisma z dawnych  lat, być może z istotnymi dla niej wiadomościami. I listy. Setki listów, a może więcej. Niektóre związane w małe pakiety. Wciśnięte pomiędzy książki. Frapują ciekawskiego człowieka Na komodzie, po lewej stronie  stoją jej trofea – materialne wspomnienia tryumfów: waza, niebieski kielich, fikuśne puzderko, oryginalny kalendarz i wiele tabliczek – wizytówek odkręconych z drzwi garderoby teatralnej Marleny Dietrich, pochodzących z rozmaitych okresów jej kariery. Podobno odśrubowywała je własnoręcznie. Ta pochodzi z Berliner Schauspielhaus – rok 1926, a tamtą zdjęła po ostatnim przedstawieniu  ,,Brodway” w berlińskim Komoedienhaus – rok 1928.
   Na ścianach wiszą : akt nadania francuskiej Legii Honorowej i fotografie jej najlepszych przyjaciół. Każda z osobistą dedykacją. Jej przyjaciele to nie byle kto: Ernest Hemingway, Maurice Chevalier, Jaques  Chirac, Henry Kisinger. Wielu ich było. Obok zdjęcie Marleny. Była fotografowana miliony razy, ale najbardziej siebie lubi na czarno-białym zdjęciu: w czarnym garniturze, cylindrze z twarzą lekko zasnutą dymkiem z papierosa. Ona by powiedziała :,,w spodniowej roli”. Czy taką siebie jeszcze widzi?
   Czy Błękitne Anioły mają prawo do melancholii i tak bardzo skutecznej obrony własnej prywatności w czterech ścianach swego mieszkania – gniazdka tajemnego?
  Marlena Dietrich rozpoczyna każdy dzień  o godzinie 6.30 - szóstej trzydzieści rano. Pochłania prasę światową. Siedzi przy tym w łóżku, obok po prawej stronie stoi mała maszynka do gotowania, na której prokuruje herbatę cytrynową, wyłącznie marki ,,Prince of Wales”. Przyjaciele z Londynu regularnie ją zaopatrują w jej ulubiony napój.
  Punktualnie o siódmej trzydzieści Marlena Dietrich bierze po raz pierwszy do ręki słuchawkę telefoniczną. Ta łączność ze światem zewnętrznym kosztowała ją czasem 15 000 marek miesięcznie. Marlena rozmawia z całym światem. Czasem mówi godzinę bez przerwy, innym razem milczy i odkłada słuchawkę bez słowa pożegnania.
  W samo południe do sypialni wchodzi sekretarka Norma i przynosi paczkę listów – do 200 dziennie. Gwiazda kina nie ogląda swoich filmów, ani w kinie ani w telewizji. A przede wszystkim w telewizji można je teraz zobaczyć. Niedawno po emisji ,,Błękitnego Anioła” nadeszło do niej ponad dwa tysiące listów jednego dnia. Adres: Marlene Dietrich, Paris. Korespondencja trafia bezbłędnie do adresatki.
   Podczas gdy słynna starsza pani przegląda listy, Norma włącza telewizor. Wiadomości, a potem zawsze transmisje z meczów tenisa ziemnego. Pani Dietrich stara się nie przeoczyć ważnych turniejów. Przepadała za Bjoernem Borgiem i Stefanem Edbergiem. Nie znosiła Andre Aggassiego i Borisa Beckera.
   O godzinie piętnastej Marlena siada przy małym sekretarzyku i odpowiada na każdy list. Czasami pisała kilka linijek tekstu, czasami podarowała adresatowi tylko autograf.
   Godzina osiemnasta. Marena Dietrich przynosi stos białego papieru i pisze wspomnienia, zapisuje: własne myśli, pomysły, opisuje zdarzenia. Pisze dużymi, drukowanymi literami. Jedną kartkę zapisywała czternastoma linijkami tekstu. Swojego rodzaju tomiki wspomnień aktorki zatytułowane są roboczo: ,,O trzech mitach na firmamencie”, lub ,, Primadonny”. Ze swoją znajomością środowiska gwiazd filmu, dużą doza ironii opowiada o Marilyn Monroe, Glorii Swanson i Bette Davis.
   Inna praca zatytułowana została,,Moje portrety-galeria”.* Krótkie, lakoniczne zdania. Pisała:

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura