Cóż można napisać w notce nr 2000 ? I tak nie trafi nawet na denko SG więc zywot będzie miała 3 godzinny.
O polityce – wolne żarty .
Niech będzie o facecie , który gdyby żył , za miesiąc miały 90 lat .
O facecie , który bywało, że rozwalał kosmos .
I grał na trąbce .
Miałem koło 14-15 lat jak trafiłem . Nie bezpośrednio . Była sobie sesja Bitches Brew , grało w niej wielu , którzy potem pociągnęli to po swojemu . Return to Forever , Weather Report , Hancock , Mahavishnu Orchestra , oraz on elektryczny. Moje początki .
I znałem przede wszystkim faceta elektrycznego. Potem powoli ( w komunie każda płyta to wyczyn by zdobyć , pożyczyć , przegrać na szpulaka – nie to co dziś ) poznawałem resztę .
A zanim się urodziłem ,on rozwalał kosmos , zrywał dach z sal w których grał . Nie sam . Duet z Tranem to coś co uważam za zdarzenie absolutne w muzyce .
Sesja z 11 maja a przede wszystkim 26 października 1956 urywała jaja . Ot tak sobie weszli , dwa dni w studio i materiał na 4 płyty . Wszystkie 4 jakby całowali stopy Boga . Bo musiał szybko dokończyć kontrakt z Prestige :))) Sam to podsumował skromnie i szczerze . Po latach napisał - Te dwie sesje i 4 płyty zrobiły ze Coltranea i ze mnie legendy .
Potem dobrali Canonballa i wywalili płytę jazzową wszech czasów . zwołał wszystkich członków zespołu do studia nagraniowego. Nie mieli oni pojęcia, co będą nagrywać. On miał zaledwie kilka akordów i pomysłów na melodię. Muzycy rozstawili instrumenty, dał wszystkim wskazówki dotyczące każdego z utworów i zaczęli nagrywać. Rozkurwili kosmos.
Potem nie chronologicznie trafiłem w 40 minutową płytkę A Silent Way. Inna muzyka , inne podejście . Płyta gigantyczna. Po latach okazało się , że się wydała kompletna sesja , 3 pełne 80 minutowe CDiki. Te 40 minut to pikuś przy tym co można teraz usłyszeć na całej sesji .
W gównianym roku 1983 , syf z Jazruzelskim i koncert w Warszawie . Byliśmy twardą kilkuosobową grupą którą zawsze jeździliśmy na Jamboree . Mój naj koncert na którym byłem i chyba nie do przebicia .
Wyliczać nie ma sensu jest net, ot facecik co kilka razy zawrócił muzykę , zaczynał u boku Birda króla bebopu , poprzez cool , modern, modal , jazz rock , fusion , finiszował płyta quasi hiphopową
Grali z nim WSZYSCY ważni . No może 99% . łatwiej wymienić kto z nim nie grał .
Był wrednym czasami wręcz plugawym facetem , rasistą pełna gębą . Gburowato bucowaty .
Miał ABSOLUTNĄ intuicję do ludzi z którymi grał i których dobierał do grania .
Stworzył kilka składów , które weszły na zawsze w kanon takie stąd do wieczności .
Był geniuszem i zostawił po sobie najpiękniejszą muzykę jaką znam.
Zmarł 25 lat temu i od tego czasu tron króla jazzu jest pusty .
Nazywał się Miles Davis .
* * *
1951 z Sonnym Rollinsem
Najklasyczniejsze nagranie z klasyki klasyków z płyty jazzowej wszech czasów - 1959
i przekornie bo tak kończył pośmiertna płyta
no to notkę 2000 mam z soba :))))


Komentarze
Pokaż komentarze (16)