Problem, który mnie i pewnie wiele innych osób męczy, to częste i agresywnie wrogie nastawienie do Kościoła katolickiego. Nie obojętność, a właśnie wrogość. Wydaje się to paradoksalne bo przecież jeżeli nie odpowiada komuś system wierzeń i ceremoniał to mógłby po prostu nie zwracać uwagi i pozostać obojętnym. Tak jak mnie jest obojętny buddyzm, hinduizm, islam, czy judaizm. Czasami bywam w tamtych krajach, podporządkuję się im zwyczajom i przepisom prawa, ale traktuje te religie obojętnie – nie wrogo. Dlatego nie potrafię zrozumieć tej potrzeby wrogości anty-kościelnej (tzn., anty-katolickiej), angażowania się i realizacji w walce. Jest to widoczne na s24 na blogach Nerwicy Eklezjogennej, Amsterna, wcześniej u Pantryjoty i wpisach szeregu innych blogerów których przeoczyłem. Skąd się to bierze? Wydaje mi się, że geneza takiego podejścia jest - niestety - często związana z rozczarowaniem, któremu na imie – błędy kościoła.
Tęsknota ludzi do prawdy, godności, sprawiedliwości i doskonałości; słowem - pragnienie życia dobrego, są aktualne tak samo obecnie, jak przed wiekami. Kto wie, może ta tęsknota i pragnienia są nawet większe biorąc pod uwagę zalew informacjami drugo- i trzeciorzędnymi, łącznie z newsami na temat, że ten zdradza tamtą, a tamta rozwodzi się z tamtym. Tęsknota do prawdy wcześniej lub później prowadzi do religii. Wydaje mi się, że ludzie, obecnie wrogo nastawieni do Kościoła, kiedyś musieli się do niego zwrócić w poszukiwaniu prawdy, ale odeszli w poczuciu fałszu i bycia oszukanym. Przypadki pedofilii są oczywiście szczególnie drastyczne, chociaż ja – na szczęście – nie spotkałem nikogo kogo ksiądz by napastował seksualnie. Dużo częściej słyszy się na przykład o dziewczynach które były wypytywane w czasie spowiedzi o szczegóły życia seksualnego. Najczęściej ludzi razi przysłowiowe bogactwo kościoła symbolizowane przez bogate ornaty, czy jakiś lepszy samochód księdza. Ludzie widzą fałsz i rozdźwięk miedzy tym co się głosi i tym co Kościół praktykuje. I widząc ten fałsz rozczarowują sie do Kościoła. Z osób początkowo ufnych robią się wrogami. Zostali tym fałszem tak głęboko zranieni, że nie potrafią się zatrzymać na etapie neutralnym i muszą przystąpić do walki. Rozwija się syndrom zdradzonego kochanka i przechodzą z etapu miłości do nienawiści.
Podam przykłady z s24 jak silne emocje rodzi fałsz między głoszonymi poglądami, a rzeczywistością. Od razu w tym kontekście przychodzą do głowy Coryllus i Osiejuk. Jeden i drugi głosi ideały katolickie, łoi kogo się da za ich nieprzestrzeganie i stawia się na piedestale tych jedynie oświeconych, szlachetnych i nieomylnych. Ludzie to czytają, widzą bezmiar fałszu, głupoty i obłudy połączony z prymitywnym chamstwem i zamieniają się w wrogów tychże blogerów. Inni przychodzą do Coryllusa lub Osiejuka, czytają tekst zawierający błędy i w dobrej woli piszą jakiś komentarz, często życzliwie-krytyczny. Po czym zostają natychmiast zbanowani, a najczęściej jeszcze pożegnani jakąś chamską odzywka. Potem odbywa się wiwisekcja przez tych dopuszczonych nad tym zbanowanym. Po takim teatrze chamstwa, falszu i obłudy zbanowany osobnik nie może pozostać obojętny i staje się wrogiem, a Osiejuk z Coryllusem kontynuują pisanie o szlachetności, miłości i świętości Kościoła.
O ile opisany mechanizm wydaje się najczęstszy, możliwe są oczywiście najrozmaitsze permutacje. Na przykład na moją ocenę Osiejuka – niewątpliwie wybitnie negatywną – wpłynął fałsz tego blogera w czasie wyborów do Sejmu. Z jednej strony, Osiejuk przejawia skrajnie rasistowski stosunek do Ślązaków o natężeniu rzadko spotykanym, a z drugiej strony miał psychodeliczny pomysł by startować do Sejmu właśnie ze Śląska i ubiegać się o głosy tych ludzi, którymi na co dzień tak głęboko pogardza, że najchętniej by im wyrwał języki by wreszcie przestali mówić z akcentem i pozamieniał im nazwiska, by nie mieli tych okropnych końcówek na „-ok”. Autor tego bloga nie zna innego przykładu podobnie schizofrenicznej relacji kandydat – wyborcy.
Te przykłady z własnego podwórka o relacji zmieniającej się z zaufania na wrogość pozwalają nam wrócić do problemu znacznie ważniejszego niż blogosfera. Jest nią teza, że rozczarowanie i zawód osób, które kiedyś liczyły na Kościół i się na nim zawiodły jest genezą wrogości do niego i powodem, że ludzie - na zasadzie odrzuconego kochanka - nie są neutralni, ale aktywnie z nim walczą. Zdaje sobie sprawę, ze teza ta jednoznacznie wini Kościół za zaistniałą sytuację. Wyzwaniem jest więc takie postępowanie by już więcej nie powodować tych rozczarowań. Po prostu by posprzątać w mieszkaniu i nie brudzić więcej w Kościele. To na pewno pierwsza i ważniejsza część planu.
Jak jednak wpłynąć na drugą stronę i zamienić obecnych wrogów Kościoła na osoby neutralne, a najlepiej na przyjaciół i przyciągnąć ich na powrót? Chyba trzeba lepiej wytłumaczyć ograniczenia natury ludzkiej, a przez to ograniczenia Kościoła jako instytucji. Wracając do osobistych przykładów: autor tego bloga jest człowiekiem bardzo wierzącym, ale równie wielkim grzesznikiem. Są pragnienia i pokusy którym nie potrafię się oprzeć, a często nawet nie chcę. Ten kto wie o mojej wierze, ale równocześnie by znał te ciemne strony mojego charakteru miałby wspaniały przykład na zakłamanie osoby wierzącej. Nie wiem jak to się wszystko zbilansuje na koniec, ale na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie wspomnieć, że nie moralizuję, nie spieszę się z osądami i stawiam się za wzorzec.
Dzieci w pewnym momencie rozczarowują się rodzicami. Odkrywają, że rodzice nie są tacy piękni, mądrzy i szlachetni jak to się wydawało w młodszym wieku. Następuje okres buntu i walki, ale najczęściej dzieci wracają do rodziców. Dalej zdają sobie sprawę z ich niedoskonałości, ale są w stanie przebaczyć im to i zaczynają ich ponownie kochać. Oby się tak właśnie stało z obecnymi wrogami Kościoła. To jednak Kościół powinien wystąpić z takim wezwaniem i zaproszeniem. Wyjaśnić, że jako instytucja jest niedoskonała i że składa się z grzeszników, ale równocześnie jest strażnikiem prawdy, miłości i przebaczenia; najważniejszym jaki mamy.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)