Blog
Fascynacja tym, co trudne
Ludwik Dorn
105 obserwujących 216 notek 914196 odsłon
Ludwik Dorn, 30 maja 2014 r.

Otorbiony tygrys, przyczajony smok (1)

 

Dziś na portalu www.teologiapolityczna.pl opublikowany został mój esej Otorbiony tygrys, ukryty smok. Przedmiotem  rozważań są statyka i dynamika polityczna ( przez analogię do pojęć statyki i dynamiki społecznej wprowadzonych przez Comte’a) obecnej wspólnoty politycznej Polaków. Stawiam i udowadniam tezę, że „podział postsmoleński” w ciągu minionych czterech lat stał się istotnym czynnikiem statyki politycznej podtrzymującym strukturę i układ politycznych sił w niezmienionym kształcie, natomiast czynnikiem dynamiki politycznej, a zatem rozwoju i zmiany, staje się kryzys ukraiński i działania Rosji, które roboczo określam jako „czynnik wschodni”. Ponieważ „czynnik wschodni” ma już obecnie olbrzymią realną siłę oddziaływania, a jeszcze większą potencjalną, to uważam, że dynamika polityczna w najbliższych latach przeważać będzie nad statyką, a układ sił politycznych w Polsce ulegnie daleko idącym zmianom.
Ponieważ rozmiar tekstu przekracza zdecydowanie rozmiary wpisu na blogu, to dla ułatwienia lektury podzieliłem go na trzy części, które będę sukcesywnie publikował. Część pierwsza opisuje polityczne znaczenie i funkcjonowanie podziału postsmoleńskiego ( otorbiony tygrys). Część druga odnosi się do dynamiki politycznej, którą może wyzwolić „czynnik wschodni”. Część trzecia odpowiada na klasyczne pytanie: co robić. Oto cześć pierwsza.
O podziale postsmoleńskim, który narodził się w prezydenckiej kampanii wyborczej w 2010 roku ( sławetna „wojna domowa” Andrzeja Wajdy), a utrwalił się wraz z jej rozstrzygnięciem dyskutowano i pisywano ze szczególną intensywnością przez pierwsze dwa lata. Obecnie temat powraca przede wszystkim w kontekście rocznicowym. W jakiejś mierze został uznany za niezmienny element polskiego życia politycznego i duchowego, a nie sposób cały czas równie gorąco i często opisywać stałe elementy krajobrazu. W publicznym języku podział ten opisywany jest przede wszystkim językiem psychologii społecznej poprzez analizę emocji i sposobów ich mobilizacji. Bardzo często język ten jest wzbogacany pojęciami zaczerpniętymi z antropologii społecznej i kulturowej ( „wojna plemion”) lub socjologii religii ( wyznawcy „religii smoleńskiej” przeciw członkom „sekty pancernej brzozy”). Autorzy z kręgu Teologii Politycznej już w 2012 roku zwrócili uwagę na to, że te kategorie opisu depolityzują podział postsmoleński zamykając go w sferze społecznej i kulturowej. Tam, gdzie mamy do czynienia z plemienną wojną na totemy lub z wojną quasi-religijną, zanika wymiar polityki w rozumieniu innym, niż kto kogo? Zarazem to samo środowisko wskazało, że podział postsmoleński można opisać dzięki pojęciu zaczerpniętemu z klasycznej myśli politycznej, greckiemu pojęciu stasis, czyli partyjnemu rozłamowi we wspólnocie politycznej przeradzającemu się w wojnę domową. Stasis to zarazem bezwład, bezruch, proste przeciwieństwo ruchu, czyli kineis; z konfliktem o tych cechach mamy do czynienia wtedy, gdy wewnętrzna walka we wspólnocie politycznej nie unicestwia jej ( polis ciągle istnieje), ale unieruchamia. Dzieje się bardzo wiele, trup ścieli się gęsto, ale właśnie przez to wspólnota polityczna nie jest w stanie podejmować, jako wspólnota, jakichkolwiek decyzji politycznych.
               Najsławniejszy i najbardziej sugestywny opis stasis dał Tukidydes w księdze trzeciej Wojny Peloponeskiej przedstawiając wojnę stronnictw politycznych na Korkyrze. I tu właśnie kryje się pewien kłopot. Korkirejczycy mordowali wszystkich współobywateli, którzy wydawali im się przeciwnikami politycznymi/…/; zginęło także trochę ludzi wskutek porachunków osobistych, a inni z rąk swoich dłużników. W żaden sposób nie przypomina to polskiej „wojny plemion”, gdzie wzajemna przemoc ma charakter symboliczny, a narzędziem w walce nie jest odbieranie życia, ale odbieranie szacunku. Poniewierana opozycja uznaje mimo wszystko demokratyczny mandat władzy i na poniewierkę odpowiada jedynie zniewagami. Ale dojmujące poczucie bezwładu, wewnętrznej blokady Rzeczpospolitej jest czymś realnie odczuwalnym. Tym, co pozwala formułować sąd o wewnętrznym bezwładzie, jest polityczno-intelektualna degeneracja debaty publicznej i procesów decyzyjnych.
               Z całą pewnością w postsmoleńskiej odmianie stasis występował i występuje, tak jak na Korkyrze, mechanizm spychania na margines odwołującej się do argumentów debaty publicznej i dominacja w polityce, rozumianej jako walka o władzę, zarządzania emocjami. Stąd przewaga tych, którzy odrzucają argumenty i – jak pisze Tukidydes – śmiało przystępują do czynów wiedząc, że jeśli zawczasu nic nie zrobią, ulegną wymowie i bystrej inteligencji przeciwnika. Ci zaś, którzy uważali, że nie trzeba stosować siły tam, gdzie wyniki można osiągnąć inteligencją, lekceważyli sobie takie postępowania i wskutek tego, często bezbronni, ginęli.
               Doświadczenie tragedii smoleńskiej było tak dojmujące, a konflikt interpretacji sięgał tak głęboko, że w ciągu lat, które nastąpiły po 10 kwietnia 2010 uruchomiany został społeczny mechanizm obronny przed pełnoobjawowym rozłamem wspólnoty politycznej, który przekracza granicę przemocy symbolicznej i prowadzi do przemocy fizycznej. Polska stasis została skutecznie rozmiękczona, a, wyjąwszy jeden tragiczny incydent, przemoc fizyczna nie stała się elementem życia politycznego. Nie można też powiedzieć, że, tak jak na Korkyrze, związki partyjne opierają się na współuczestnictwie w zbrodni.
Obrona przed świadomym przeżyciem doświadczenia granicznego, które zakwestionowało pewność bytu wspólnoty politycznej; obrona wyrażająca się z jednej strony partyjną partykularyzacją tragedii smoleńskiej (dokonano zamachu na „naszego prezydenta”, a winni temu są wrogowie zewnętrzni i wewnętrzni), z drugiej strony zaś banalizacją wydarzenia ( tragiczny wypadek, państwo się sprawdziło) doprowadziła do swoistego „otorbienia” podziału postsmoleńskiego. Tak jak organizm broniąc się przed stanem zapalnym wytwarzając cystę izoluje ognisko zapalne, tak w wymiarze życia społecznego kwestii smoleńskiej nadawany jest status nieporuszalności. Ponieważ najsilniej i najgłośniej artykułowane w sporze smoleńskim stanowiska wykluczają z racji skrajności wchodzenie w relacje z osobami odmiennego zdania( w najgorszym razie to zdrajcy, w najlepszym lemingi lub oszołomy), a Polacy chcą i muszą wchodzić ze sobą w relacje współpracy i zażyłości, to poruszanie kwestii smoleńskiej w gronach osób, co do których nie ma pewności, że podzielają jedną opinię, staje się dowodem złego wychowania. Ten proces „otorbiania” Smoleńska przebiegał oczywiście stopniowo. Jeszcze w dwa lata po katastrofie w kręgach rodzinnych, przyjacielskich, towarzysko-sąsiedzkich kwestia smoleńska była poruszana i wywoływało to niemiłe zadrażnienia. Obecnie, kiedy poglądy w gronach bliskich czy znajomych są dobrze rozpoznane, to w przypadku ich zróżnicowania, wszyscy taktownie ten temat omijają: nie po to zeszliśmy się razem na grilla, czy wyjechaliśmy na działkę, by pryskać na siebie jadem. Ten bufor apolitycznej towarzyskości Polaków amortyzuje napięcie posmoleńskie bardzo skutecznie i sprawia, że kolejne mutacje wyartykułowanych stanowisk (np. któraś z rzędu wersja hipotezy zamachowo-wybuchowej posła Macierewicza, czy któraś z rzędu demaskacja posła Macierewicza przez Macieja Laska) rozbrzmiewają wyłącznie w środkach masowego przekazu. Każdy wie już swoje: jedni, że z całkowitą pewnością lub sporym prawdopodobieństwem można mówić o zamachu, drudzy, że – o wypadku, trzeci – że nie wiadomo, jak było naprawdę, a jak było naprawdę, to się nie dowiemy. Każdy też pozostaje przy swoim – rozkład stanowisk w sprawie przyczyn katastrofy i prawdy o niej jest w miarę stały. A ponieważ jest nie tylko w miarę stały, ale także, jako taki powszechnie postrzegany, to emocje wokół niego są skutecznie wychładzane. Nie ma po jednej i drugiej stronie smoleńskich misjonarzy, nie ma też smoleńskich prozelitów
               Choć kwestia smoleńska jest społecznie nieporuszalna, to politycznie nie jest przemilczana. Stanowiska są formułowane i podawane do publicznej wiadomości. Ich sformułowania są odnotowywane i analizowane. Rocznica katastrofy jest na różne sposoby przez różne środowiska obchodzona, a obchody są szeroko relacjonowane przez środki masowego przekazu. Podział postmoleński uznawany jest powszechnie za politycznie ważny i żadna ze stron konfliktu jego ważności nie kwestionuje.
               Nie ma zasadniczej sprzeczności miedzy „otorbieniem” konfliktu postsmoleńskiego a powszechnym uznaniem jego politycznej ważności. „Otorbienie” jest możliwe, dzięki wyekspediowaniu sporu smoleńskiego z ciała społecznego do wysterylizowanej przestrzeni politycznej poprzez zabieg profesjonalizacji i rytualizacji.
Warto zauważyć powstanie nowej podgrupy zarówno polityków, jak i publicystów, którzy ze szczególną częstotliwością i intensywnością zajmują się formułowaniem i rozpropagowywaniem stanowisk w smoleńskim sporze. To polityczni lub publicystyczni profesjonaliści sporu smoleńskiego, a szerzej od dawania wyrazu tożsamości, dla której taki, a nie inny stosunek do podziału postsmoleńskiego jest jednym z elementów konstytutywnych. Potwierdzeniem ich wyodrębnienia jako podgrupy jest łatwo zauważalny fakt, że właściwie nikt poza nimi ( pomijam tutaj bliskich ofiar katastrofy) stanowisk w sporze smoleńskim nie formułuje. Ci, którzy nie są smoleńsko-tożsamościowymi profesjonalistami, temat smoleński omijają z daleka. Przypuszczam, że dlatego, iż refleksyjnie lub intuicyjnie zdają sobie sprawę ze społecznego „otorbienia” sporu smoleńskiego, a zatem z tego, że zbyt daleko idące osobiste zaangażowanie w tym sporze będzie osłabiać ich skuteczność na innych obszarach. Na zasadzie dygresji, ale też pewnego wyjaśnienia, trzeba dodać, że podział na profesjonalistów i nieprofesjonalistów sporu smoleńskiego zakłóca jedna, ale bardzo istotna osoba, a mianowicie prezes Prawa i Sprawiedliwości. To zakłócenie jest jednak wyłącznie wynikiem zdarzenia losowego, to znaczy biorącej się z przygodności personalnej unii miedzy szefem stronnictwa politycznego, które jest stroną sporu smoleńskiego, a osobą najbliższą Prezydentowi Rzeczpospolitej, który zginął w katastrofie smoleńskiej.
Profesjonalizacji sporu smoleńskiego towarzyszy postępująca rytualizacja. Mam na myśli nie tylko oczywistą rytualizację obchodów „miesięcznic” oraz rocznic katastrofy smoleńskiej, gdyż nie jest możliwe obchodzenie kolejnych rocznic bez powtarzalnego rytuału, ale tez rutynizację formułowania stanowisk w sporze smoleńskim oraz rutynizację wymiany inwektyw ( bo nie są to argumenty) między nimi. I znowu, nie ma w tym niczego niezwykłego. W kwestii smoleńskiej, w której chodzi o prezentację własnej tożsamości możliwy jest spór. Ale nie jest możliwa dyskusja. Tam, gdzie nie jest możliwa dyskusja, której istotą jest prezentacja argumentów i ich ewentualna modyfikacja, korekta lub rewizja pod wpływem kontrargumentów, tam prezentacja własnego stanowiska musi ulec rutynizacji. Ponieważ zaś w sporze smoleńskim chodzi o kwestie tożsamościowe z natury rzeczy budzące emocje, rutynizacji towarzyszy rytualizacja. Widać to zwłaszcza na posiedzeniach sejmowego zespołu ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, który wytworzył własny rytuał.
Można zatem spojrzeć na funkcjonowanie podziału postsmoleńskiego jako na polityczną grę rządzącą się własnymi regułami. Nie chodzi tutaj o zarzut „grania trumnami”, który w tym sporze pojawia się z nużącą regularnością, jest całkowicie bezpodstawny i sam jest częścią gry. Pojęcia „gra” używam tutaj w tym sensie, jaki w swoich rozważaniach nadawali mu Johan Huizinga (Homo ludens, Zabawa jako źródło kultury) i Hans Georg Gadamer ( Prawda i metoda). Ten ostatni kontynuując rozważania Huizingi dochodzi do wniosku o prymacie gry wobec prowadzących ją graczy: wszelkie granie polega na byciu granym. Urok gry, fascynacja, jaką ona wywołuje, polega właśnie na tym, że gra staje się panem grających. Istotą gry jest udział w niej i bycie dostrzeżonym i uznanym jako gracz. Jak zauważa Gadamer oddanie się zadaniu gry jest w istocie graniem z samym sobą. Autoprezentacja gry oddziałuje w ten sposób, że grający, gdy w coś gra, tj. coś prezentuje, dochodzi do własnej autoprezentacji.
Grający w Smoleńsk grają weń z potrzeby i dla przyjemności prezentacji i autoprezentacji. Wielokrotnie podkreślałem, że społecznym paliwem rozpoczętego pod koniec 2005 roku wewnętrznego konfliktu w ramach obozu postsolidarnościowego była walka o dystrybucję szacunku społecznego. Zróżnicowanie stanowisk w sprawie przyczyn i odpowiedzialności za katastrofę smoleńską nadało tej walce niesłychanie silną symboliczną legitymizację. Nadanie konfliktowi postsmoleńskiemu formy gry okazało się rozwiązaniem skutecznym i w miarę bezpiecznym. Oczywiście, gracze obrzucają się inwektywami, a więc odmawiają sobie wprost szacunku. Jednakże dostrzeżenie wzajemnie siebie przez graczy, uznanie w roli graczy i deklaracja wzajemnego lęku są pośrednią i to mocną forma okazania szacunku drugiej stronie. W jakiś sposób szanujemy tych, których się boimy. Szanujemy, bo nawet obrzucając ich obelgami uznajemy, że są groźni, a zatem ważni. Gra w Smoleńsk najbardziej przypomina dziecięcą, podwórkową zabawę w Czarnego Luda.
Czarny lud: Boicie się czarnego luda?
 Gracze: Niee!
 Czarny lud: A jeśli czarny lud przyjdzie?
 Gracze: Uciekniemy!
 
W ten właśnie sposób groźba „twardej” stasis została oswojona. Gra smoleńska uchyla niebezpieczeństwo przerodzenia się wewnętrznego pęknięcia w gorący rozłam. Przemoc zostaje zamknięta w sferze symbolicznej, a każda ze stron dysponuje swoim narzędziami symbolicznej przemocy. Nawet jeśli zasoby są nierówno rozdzielone, to nie można podnosić zarzutu wykluczenia z udziału w grze. Wspólnota polityczna pozostaje zablokowana i w stanie bezruchu, ale w miarę bezpieczna: wewnętrzny konflikt polityczny jest całkowicie jałowy i nie stanowi źródła energii ożywiającej państwo, ale uchylona zostaje groźba rozpadu. Gra w Smoleńsk stała się jednym z podstawowych czynników statyki politycznej podtrzymującej bezwładne trwanie.
Oczywiście przesadzone i nietrafne byłoby stwierdzenie, że w okresie po 10 kwietnia 2010, czy sięgając wstecz od jesieni 2007 roku Polska znajdowała się wyłącznie w stanie wegetatywnego trwania. Politycznie sprawowany był lepiej lub gorzej bieżący administracyjny zarząd państwem, negocjowano nową perspektywę finansową, podejmowano decyzje, choć w większości miały one charakter oportunistyczno-adaptacyjny, co nie zawsze musi być sprzeczne z interesem wspólnoty. Wewnętrzna blokada funkcjonowała poprzez koncentrację na intensywnym konflikcie wewnętrznym, którego strony składały swoim zwolennikom niemożliwe do realizacji obietnice: gwarancją normalności, rozwoju, modernizacji, podmiotowości polskiego państwa, jest anihilacja polityczna drugiej strony sporu. Ponieważ zaś anihilacja taka wbrew zapowiedziom jest niemożliwa, zarzucono formułowanie w języku polityki jakichkolwiek ambitnych planów, które realizacji modernizacji i podmiotowości mogłyby służyć. Kwintesencją takiego podejścia było kuriozalne, ale skuteczne hasło PO podczas kampanii wyborczej do samorządów w 2010 roku: Nie róbmy polityki. Budujmy Polskę ( drogi, szkoły, mosty). W tych warunkach programy rozwojowe i ich realizacja miały głównie inercyjno-biurokratyczny charakter. Ten model rozwoju realizowany przez rząd PO był przedmiotem krytyki ze strony naukowców i publicystów konserwatywno-republikańskich oraz polityków prawicowych. Jednakże jedna z jego najdobitniejszych i najbardziej klarownie sformułowanych krytyk została przedstawiona przez środowisko od konserwatyzmu, republikanizmu i prawicowości odległe. W raporcie Kurs na innowacje. Jak wyprowadzić Polskę z rozwojowego dryfu? ( 2012 rok) prof. Jerzy Hausner wraz z zespołem doszli do następującej konkluzji:
Ukształtowany w okresie dwóch ostatnich dekad model rozwoju naszego kraju powoli, ale wyraźnie się wyczerpuje – Polska znalazła się w rozwojowym dryfie. Przy czym „rozwojowy dryf” rozumiemy w tym raporcie jako eksploatację dostępnych i pozyskanych w następstwie unijnej akcesji zasobów rozwojowych w sposób coraz bardziej ekstensywny i – co ważniejsze – w niewielkim stopniu je pomnażający.
Również diagnoza przyczyn dryfu rozwojowego zawarta w raporcie przypomina te formułowane przez środowiska konserwatywno-republikańskie ( Ośrodek Myśli Politycznej, Teologię Polityczną, Instytut Jagielloński):
 Niestety polityka publiczna w Polsce nie odnosi się właściwie do współczesnych tendencji rozwojowych i nie respektuje nowego podejścia do polityki rozwoju. To praktyczny przejaw ogólnie
niskiej sprawności państwa.
Problemy słabości państwa w interesującej nas dziedzinie odnosimy w szczególności do:
• niskiej jakości przywództwa politycznego;
• niewielkiego znaczenia sfery publicznej i publicznego dyskursu o zasadniczych kwestiach
rozwoju kraju;
• wadliwych mechanizmów ustanawiania celów strategicznych państwa;
• słabości instrumentów prowadzenia, monitorowania i ewaluacji polityki rozwoju.
 
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Banuję za wulgaryzmy i aluzje do życia osobistego mojego i innych oraz agresywną głupotę połączoną z chamstwem.

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @ZBYSZEK Szanowny Panie, Słowa o zabawie to żartobliwy cytacik z Mickiewicza: Dobranoc, juz...
  • @EYEOFBEHOLDER Szanowny Panie, Pytanie w punkt. Wybaczy Pan, że odpowiem jednym zdaniem, bo...
  • @PIOTR PIĘTAK Drogi Piotrze, Zgodnie z zapowiedzią, dostajesz bana. I odklej mi się od...

Tematy w dziale