Rafał Ziemkiewicz ze zniczem w jednej ręce i garścią chryzantem (to już obrazek wytworzony mocą mojej wyobraźni) w drugiej znalazł chwilę, by podzielić się wrażeniami (felieton w „Rzeczpospolitej”) spieszącego w rodzinne strony miejskiego „wieśniaka”. Zauważył, że z okazji Wszystkich Świętych miasta pustoszeją. Skoro tak się dzieje, to kim tak naprawdę są „młodzi, wykształceni, z wielkich miast”? Jaką rację bytu ma uparcie powtarzany podział na inteligentnych i prostaków (oczywiście wiadomo, jakie z tym wiążą się sympatie polityczne), co kryje się za głośnymi deklaracjami?
Już po kilku latach pracy z dorastającą młodzieżą zaobserwowałam dość ciekawe zjawisko – w klasowych grupach o wiele ambitniejsi, chłonni wiedzy i ciekawi świata są uczniowie spoza Torunia. Młodzi mieszkańcy miasta często wychodzą z założenia, iż racja pochodzenia zapewnia im wyższy status społeczny, wobec czego wystarczy im przechodzić obok teatru, biblioteki czy uniwersytetu, a potem ukończyć jedną z wielu prywatnych wyższych szkół humorystycznych, by utwierdzić się w dobrym mniemaniu o sobie. Do dziś mam w pamięci 15-letnią mieszkankę Rubinkowa (osiedla nieco odległego od centrum), która nie wiedziała, gdzie znajdują się ruiny zamku krzyżackiego, gdyż, jak sama przyznała, z rodziną na spacery udawała się zawsze… do pobliskiego lasu. Oczywiście przedstawicieli tego gatunku spotkać można wszędzie. Niejedna podmiejska rodzina chwali się córką kosmetolożką, która ukończyła „wysoką szkołę” (tego, że prywatną i zaoczną, rzecz jasna się nie dodaje).


Komentarze
Pokaż komentarze (7)