Gorzeliński/Kasprów Gorzeliński/Kasprów
112
BLOG

Mity nasze powszednie

Gorzeliński/Kasprów Gorzeliński/Kasprów Gospodarka Obserwuj notkę 1

Polską rządzi mitologia go­spodarcza. Głęboko zakorze­nione w świadomości poglądy, często sprzeczne z rzeczywistością i in­teresem ekonomicznym kraju, stanowią poważną blokadę dla modernizacji Pol­ski.  Politycy, media i autorytety pu­bliczne żyją w świecie, którego już nie ma lub nigdy nie było.

Ostatniego dnia kampanii wyborczej senator McCain na spotkaniu w New Hempshire, tak podsumował cele prezy­denta USA w najbliższych latach: „Najważniejsze jest obecnie wybudowa­nie około 45 elektrowni atomowych, rozwój technologii czystego węgla i biopaliw”. Choć zwyciężył Barak Obama, to już następnego dnia główny strateg kampanii nowego prezydenta na pyta­nie dziennikarza „Co dalej?” odpowie­dział, że teraz trzeba zastanowić się, jak szybko przestawić kraj na czysty węgiel i atom. W Polsce modernizacja kraju w oparciu o tak wyznaczone cele napotka­łaby mur nie do pokonania w postaci po­litycznych i ekonomicznych mitów. Powszechnie panująca mitologia energetyczna, telekomunikacyjna i infrastrukturalna zwalnia od myślenia i analizowa­nia dynamicznie zachodzących zmian w gospodarce. Tymczasem to mity, czyli poglądy oparte na doświadczeniu i fak­tach o charakterze historyczno-emocjonalnym, a nie interes narodowy rządzą dzisiaj mechanizmami podejmo­wania najważniejszych decyzji w strate­gicznych sektorach gospodarki. Aby przerwać to błędne koło, trzeba uświa­domić sobie, jak destrukcyjna jest siła powszechnie wyznawanych mitów poli­tycznych i gospodarczych.

Mit 1.: Energetyka atomowa, czyli powtórka z Czarnobyla i uzależnienie się od Rosjan

Kilka tygodni temu delegacja z Finlandii prowadziła rozmo­wy na temat możliwości budo­wy elektrowni atomowej w Polsce. Fino­wie kończą obecnie budowę jednej z najnowocześniejszych elektrowni ato­mowych w Europie, opartej na zachod­niej technologii, i mają doświadczoną kadrę specjalistów. Warto zwrócić uwa­gę na to, że obecnie Finowie mogą ofe­rować swoje usługi innym krajom gdyż pozyskane doświadczenia i potencjał zawdzięczają… Polsce. Do dzisiaj pracuje u nich bowiem elektrownia atomowa wykorzystująca reaktor atomowy z pol­skiego Żarnowca. Dzięki temu, że Fino­wie nie ulegli antyatomowej histerii 20 lat temu, dzisiaj mogą zaoferować nam budowę reaktora i świetnych specjali­stów. Pierwszym polityczno-gospodarczym mitem wykreowanym po 1989 r., którego siła spowodowała wstrzymanie na dziesięciolecia rozwoju ważnego obszaru cywilizacyjnego i eko­nomicznego Polski, była decyzja o za­mknięciu prawie ukończonego projektu elektrowni atomowej w Żarnowcu. Pa­trząc historycznie na mechanizmy wy­dania tej decyzji, można uznać, że sta­nowi ona pewnego rodzaju kamień za­łożycielski pod wiele podobnych posta­nowień, ukształtowanych na łatwych do wykreowania mitach przynoszących wiele doraźnych korzyści politycznych, ale katastrofalne skutki dla kraju.

Komisja Planowania przy Radzie Mi­nistrów PRL ustaliła lokalizację elek­trowni jądrowej we wsi Kartoszyno nad Jeziorem Żarnowieckim w grudniu 1972 r. W latach 1982-1990 na terenie zlikwi­dowanej wsi budowano pierwszą elek­trownię jądrową w Polsce. W zamyśle elektrownia miała stanowić pierwszy krok w realizacji polskiego programu energetyki jądrowej. Program ten za­kładał, że będą uruchomione elektrow­nie jądrowe: jedna w Żarnowcu (1860 MWe), druga w Klempiczu (4000 MWe) i trzecia (a właściwie dwa z czterech jej bloków) do końca ubiegłego stulecia (2000 MWe). Dałoby to w sumie 7860 MWe, co stanowiłoby wzrost zainstalo­wanej mocy elektrycznej w Polsce o 26 proc. Tak się jednak nie stało. Warto wrócić do tej sprawy sprzed dwóch de­kad, żeby zrozumieć, jakie konsekwen­cje mają decyzje polityczne podejmowa­ne przez elity rządzące. A przede wszystkim, jakie mechanizmy spowodo­wały, że Finlandia ma obecnie ilość energii pochodzącą z reaktorów atomo­wych zbliżoną do tej, jaką dwie dekady temu planowano zgromadzić w Polsce; Czesi mają nawet kilka procent więcej, a Francuzi aż 78 proc. (co umożliwia im forsowanie wprowadzenia limitów CO2). Jedynym krajem Europy, poza Białoru­sią, bez energetyki atomowej jest Pol­ska. Warto podkreślić, że mimo iż skut­ki katastrofy w Czarnobylu były nie mniejsze w innych krajach regionu, to Polska jako jedyna praktycznie znisz­czyła własną energetykę atomową.

Wszystko zmieniła katastrofa w Czarnobylu. Uruchomiła ona protesty przeciwko elektrowni atomowej inspi­rowane przez antykomunistyczną opo­zycję. Hasło zamknięcia Żarnowca było kolejnym dobrym argumentem za oba­leniem systemu. Po blisko 20 latach można przyznać, że akcja zablokowania elektrowni nie miała żadnych racjonal­nych podstaw i była działaniem czysto propagandowym, służącym jedynie osiągnięciu ówczesnych celów politycz­nych. Najbardziej aktywnymi członkami protestów były organizacje opozycyjno-ekologiczne: Gdańskie Forum Ekologicz­ne - które za jeden ze swoich głównych celów obrało niedopuszczenie do roz­woju energetyki jądrowej w Polsce i by­ło głównym organizatorem trwających od 1988 r. publicznych akcji protesta­cyjnych, oraz zrzeszający wielu znanych opozycjonistów Pacyfistyczny Ruch „Wolność i Pokój” - który stosował naj­ostrzejsze formy protestu w postaci licznych akcji blokowania dróg oraz głodówki. Co ciekawe, uruchomione po awarii w Czarnobylu działania trudno było powstrzymać nowej władzy. Prote­sty nasiliły się jeszcze bardziej po 1989 r. W prowadzonej przez siebie kampanii propagandowej, przeciwnicy elektrowni niejednokrotnie posuwali się do dema­gogii: w rozpowszechnianych przez nich publikacjach można było przeczy­tać o tym, że w Żarnowcu ma zostać za­instalowany tego samego typu reaktor co w Czarnobylu, była też mowa o „głębinowych ruchach tektonicznych” mogących jakoby doprowadzić do ze­rwania wałów górnego zbiornika znaj­dującej się tam elektrowni szczytowo-pompowej i zalania elektrowni jądrowej, a także o nieuchronnym skażeniu radio­aktywnym jeziora wynikającym z zasto­sowania otwartego układu chłodzenia. Wśród przeciwników budowy elektrow­ni znalazło się wiele powszechnie zna­nych osób, liderów opozycji. Czwartego września 1990 r. Rada Ministrów na pod­stawie rekomendacji ministra przemy­słu Tadeusza Syryjczyka podjęła decyzję o zaniechaniu budowy Elektrowni Jądro­wej Żarnowiec. Siedemnastego grudnia 1990 r. kierowany już wówczas przez Ja­na Krzysztofa Bieleckiego rząd podjął uchwałę w sprawie postawienia elek­trowni w stan likwidacji.

Jakie były fakty? Elektrownia jądro­wa w Czarnobylu wyposażona była w reaktory typu RBMK. Moderatorem w reaktorach tego typu jest grafit (palny przy wysokich temperaturach), dodat­kowo w Czarnobylu nie było specjalnej obudowy bezpieczeństwa, mogącej za­trzymać produkty radioaktywne w przypadku awarii. W Żarnowcu miały natomiast pracować reaktory typu WWER, wyposażone w specjalne obudo­wy bezpieczeństwa. W takich reakto­rach katastrofa podobna do tej w Czar­nobylu nie mogłaby się wydarzyć. Od lat reaktory budowane są tak, by w razie awarii ich moc samoczynnie malała, a nie rosła, i by każdy reaktor był wypo­sażony w potężną i szczelną obudowę bezpieczeństwa. W Czarnobylu praco­wał reaktor RBMK, niezgodny z tymi za­sadami. Natomiast w elektrowniach ją­drowych budowanych przez kraje OECD zasady te spełniano, podobnie jak i w rosyjskich reaktorach WWER, które miały powstać w Elektrowni Jądrowej Żarnowiec w Polsce. Groźba poważnej awarii skutkującej skażeniem środowi­ska była minimalna dzięki kilkustopnio­wym systemom zabezpieczeń. Ponadto trzeba uzmysłowić krytykom, że brak własnej elektrowni jądrowej nie czynił Polski bardziej bezpiecznej, gdyż w naj­bliższym sąsiedztwie działa kilkadzie­siąt reaktorów, tylko Czesi mają ich sześć, a Słowacy pięć. Z chwilą zamknię­cia budowy tysiące drogich urządzeń przeznaczonych do montażu w elek­trowni stało się bezużytecznymi. Więk­szość z nich, w tym dwa z czterech reak­torów, złomowano. Jeden z reaktorów odkupiła od Polski za symboliczną kwotę elektrownia jądrowa położona w fińskim mieście Loviisa - gdzie działa on bezawaryjnie do dziś. Drugi reaktor trafił na Węgry. Czechosłowacja, Rumunia, Fin­landia zdecydowały się na rozwój ener­getyki atomowej mimo podobnych kon­sekwencji awarii w Czarnobylu i zagro­żeń związanych z używaniem technolo­gii rosyjskich. W tamtych państwach zdecydowała prawdziwa racja stanu, u nas emocje i doraźne cele polityczne. Dzisiaj wszystkie te kraje przechodzą płynnie na technologie zachodnie.

Dwie osoby ściśle związane z atomi­styką w Polsce wypowiedziały się na ten temat: „Parę osób zrobiło karierę na za­blokowaniu tej inwestycji. Wstrzymanie budowy było decyzją polityczną” - prof. Niewodniczański, prezes Państwowej Agencji Atomistyki; „Najwyższy też czas, aby rząd przyznał, że likwidacja Żar­nowca była błędem” - prof. dr Andrzej Hrynkiewicz, Instytut Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie. To jednak nieliczne głosy odnoszące się do konsekwencji de­cyzji sprzed blisko dwóch dekad.

Na ironię zakrawa fakt, że po 1989 r. liderzy ruchu WiP stali się trzonem no­wych służb specjalnych odpowiedzialnym za obronę… interesów ekonomicz­nych kraju. Te same metody, niby-rzetelne argumenty i polityczne wytry­chy, jakie stosowano przy zablokowaniu Żarnowca, pojawiają się przez ostatnie 20 lat w nieomal każdej sytuacji, która blokuje szanse modernizacji kraju. Jeśli potraktować Żarnowiec jako case study, to widać, jak wiele innych przypadków kreowania mitów ma podobny przebieg: nośny temat, rzekoma walka z Rosją lub inne „interesy narodowe”, doprowadze­nie do zamknięcia projektu, odtrąbienie sukcesu, brak refleksji nad konsekwen­cjami długofalowymi. Charakterystycz­ny jest wspólny mianownik: całkowite wyeliminowanie jako celu działań ko­rzyści ekonomicznych dla państwa, nie­zbędnych dla rozwoju w świecie przeło­mu tysiącleci, ale marginalnych w we­wnętrznej walce politycznej.

Mit 2.: Walczymy o bezpieczeństwo energetyczne, czyli kupujemy z Rosji… węgiel

Chyba najbardziej zmitologizowanym obszarem w Polsce jest kwestia bezpieczeństwa energetycznego. Od lat szeregi polity­ków i publicystów prowadzą morderczą „walkę” o jego zapewnienie, wykrywają międzynarodowe knowania, niestrudze­nie opierają się wrogom ze wschodu lub zachodu czyhającym właśnie na nasze kruche bezpieczeństwo energetyczne. Przy okazji liderzy tej walki robią karie­ry w polityce i mediach - tym łatwiej, im bardziej wszyscy prezentujący inne poglądy uzyskują status agentów ob­cych mocarstw lub zainteresowanych jedynie zyskiem biznesowych krwiopij­ców zdolnych do wszystkiego. Problem nie tkwi nawet w tym, że nie za bardzo widać jakiekolwiek ekonomiczne efekty owej „walki”, ale że często są one dla in­teresu ekonomicznego kraju odwrotne od zamierzonych. Skala zmitologizowania tego obszaru jest niezwykła i doty­czy w zasadzie każdej dziedziny związa­nej z energetyką. Aby rozpocząć anali­zowanie tego problemu, należy przywo­łać jeden fakt, który może być wstrzą­sem dla wielu: Polska jest bowiem jed­nym z najbezpieczniejszych krajów Eu­ropy pod względem bezpieczeństwa energetycznego, a jedynym poważnym zagrożeniem w tej dziedzinie jesteśmy… my sami.

Na początek kilka faktów: 95 proc. energii wytwarzanej w Polsce pochodzi z węgla, który jest zakopany w ziemi i starczy nam go na dwa stulecia. Nikt nam go nie ukradnie, ani nie „zakręci kurka”. Jedynym problemem jest to, że wydobycie węgla i energetyka węglowa jest potwornie niedoinwestowania za­równo w obszarze wydobycia, jak i technologii. Polska przez lata była szejkanatem węglowym, co zapewniało nam całkowite bezpieczeństwo i przychody z eksportu surowca. Dopiero w 2008 r. po raz pierwszy staliśmy się importe­rem węgla netto. Nikt nie czyhał na nasz węgiel, po prostu lata zaniedbań i upolitycznienia przemysłu doprowadzi­ły do rozwarcia się nożyc pomiędzy po­pytem gospodarki na energię a wydoby­ciem surowca i przerobem na energię. W kraju, który jeszcze niedawno wydo­bywał ponad 100 mln ton węgla, prak­tycznie nie istnieje żaden program in­westycyjny dla tego sektora, nie wspo­minając o rozwoju technologii „czystego węgla”. Tymczasem pewne jest jedno - nie jest możliwa żadna mo­dernizacja Polski bez modernizacji pol­skiego górnictwa i wytwarzania energii.

W porównaniu z nakładami sił i środków poświęconych innym surow­com energetycznym można czasami po­myśleć, że dla polityków i publicystów najważniejsza jest nie sprawa jak naj­lepszego wykorzystania naszego czar­nego złota, ale walka o mityczne obsza­ry wiejące grozą ze wschodu: gaz i ropę naftową.  Dwa  surowce  niemające dla bezpieczeństwa energetycznego pań­stwa praktycznie żadnego znaczenia (nie mamy ani jednej elektrowni czy elektrociepłowni na gaz lub ropę), ale wyniesione na forum publiczne jako przedmiot skomplikowanej geopolitycz­nej gry uprawianej w naszym interesie przez niezłomnych polityków. Tymcza­sem stała się rzecz naprawdę istotna. Rozpoczęło się uzależnianie naszej energetyki od rosyjskiego węgla, które­go import wyniesie blisko 10 mln ton już w tym roku. W cieniu walki o gaz i ropę strzeliliśmy sobie bramkę samo­bójczą.

Bliższe przyjrzenie się tym obszarom pokazuje zresztą absurdalność prowa­dzonej „wojny” o bezpieczeństwo ener­getyczne. Już od połowy lat 70. istnieje pełna możliwość dostaw ropy naftowej z dowolnego kierunku świata przez Naftoport, który jest w stanie przeładować dwukrotnie więcej surowca niż potrze­bujemy. Polskie rafinerie zaś kontrolo­wane przez skarb państwa mogą prze­robić tyle ropy, że zaspokajają potrzeby rynku wewnętrznego, na dodatek wbrew rozpowszechnianej opinii mogą przerobić każdą ropę - nie tylko rosyj­ską mieszankę REBCO. Oczywiście w każdej chwili może nastąpić przerwanie dostaw rurociągiem Przyjaźń z powodów politycznych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje za­grożenia wynikającego z rządów obec­nej ekipy na Kremlu. Niewielu polity­ków straszących taką wizją wie jednak, że rafinerie zabezpieczały się, wpisując w umowy z dostawcami warunek do­staw surowca z morza (na wypadek gdy nie będą możliwe rurociągiem) oraz nie-odwoływalne zabezpieczenie finansowe typu performance bond. Technicznie bo­wiem zakręcenie kurka z ropą nie jest problemem powodującym zagrożenie bezpieczeństwa, a jedynie pogorszenie warunków ekonomicznych dostaw. Jeśli takich zapisów w umowach z niektórymi dostawcami nie ma, to już tylko wina rafinerii. Politycy rozkręca­jący od czasu do czasu wizję zagrożenia przerwaniem dostaw ropy znajdują się czasami w sytuacji jak jeden z wiceministrów rządu PiS, który w styczniu 2007 r., kiedy Białorusini na dwa dni odcięli dostawy, informował opinię publiczną, iż sytuacja jest pod kontrolą, gdyż „wpływają już do Nafto-portu tankowce z ropą” dla naszych ra­finerii. Tankowce wpływały, tylko, że… puste. Po ropę, a nie z ropą. Od 2003 r. via gdański Naftoport wysyłano tranzy­tem do Chin, na czym zarabiał PERN i port. Niezrozumienie sytuacji spowodo­wało nie tylko kreowanie fikcyjnego za­grożenia, ale w konsekwencji doprowa­dziło do zaprzestania tranzytu surowca i pozbawienie polskiej gospodarki ko­rzyści z tranzytu. Najciekawszym ele­mentem mitu dotyczącego tego seg­mentu gospodarki jest to, że w połowie 2008 r. wskutek spadających cen poja­wiła się możliwość importowania ropy naftowej z innych niż Rosja kierunków bez straty dla polskich rafinerii. Innymi słowy, kiedy od dawna oczekiwana dy­wersyfikacja geograficzna jest wreszcie możliwa, to zamiast niej mamy rozmo­wy ministra gospodarki z państwowymi Gazpromem i Rosnieftem.

W zakresie gazu ziemnego sytuacja jest poważniejsza niż w pozostałych zmitologizowanych obszarach. Ale i od­nośnie do tego segmentu rynku warto powiedzieć choć tyle, że jeśli któregoś dnia zostanie zakręcony kurek przez Rosjan, to nie zgaśnie z tego powodu żadna żarówka, co najwyżej trudno bę­dzie ugotować zupę lub ogrzać dom (i to jeśli ktoś ma gaz sieciowy, a nie popu­larny zbiornik LPG). Udokumentowane zasoby własne gazu wynoszą dziesięciokrotność rocznego zapotrzebowania Warto w tym miejscu dodać, że suro­wiec ten ma w Polsce główne znaczenie dla zakładów wielkiej syntezy chemicz­nej, które zużywają ponad połowę zapo­trzebowania rynku. Zakłady te są jednak zainteresowane głównie pozyska­niem taniego surowca, co w polskich warunkach oznacza gaz wydobywany z polskich złóż. Dlaczego tak się jednak nie dzieje? Od lat zamiast inwestować w zwiększenie wydobycia własnego i libe­ralizację rynku większość polityków i menedżerów skarbu państwa realizuje jakieś mityczne strategiczne projekty, nigdy nie doprowadzając ich do końca. Można odnieść wrażenie, że nie o to bo­wiem chodzi, aby bezpieczeństwo za­pewnić, tylko żeby o nie walczyć.

Jaki to wszystko ma wpływ na mo­dernizację kraju? Zamiast maksymalizo­wać wolumeny przesyłu surowców energetycznych przez Polskę i z pozyskanych środków modernizować infrastrukturę, mamy do czynienia z decyzjami, które torpedują kolejne projekty takie jak wstrzymanie przesyłu ropy przez gdański Naftoport czy zanie­chanie budowy drugiej nitki Jamału. W przypadku rynku gazu zamiast poszuki­wać inwestorów lub promować wydoby­cie własne przez państwowego monopo­listę, mamy całkowicie zamknięty ry­nek. Na takim rynku decyzje podejmują politycy, a nie ekonomia, a ci wolą in­westować w kolejne projekty geopoli­tyczne i „turystykę dywersyfikacyjną”. Jeśli coś może pomóc w modernizacji kraju, to odrzucenie wygodnych, poli­tycznych mitów o czyhających zagroże­niach i zwiększenie inwestycji w wydo­bycie i przesył surowców, aby korzystać z ich niskiej ceny dla naszego przemy­słu oraz maksymalizować wpływy z tranzytu.

Mit 3.: Uwolnić rynek od monopolu, czyli populizm regulacyjny

Telekomunikacja Polska by­ła monopolem, który zagrażał rynkowi  telekomunikacyjne­mu w Polsce. Dominująca siłą TP przez lata blokowała rozwój konkurencji i obniżanie kosztów usług dla społeczeń­stwa. Prywatyzacja TP była przeprowa­dzona w sposób niejasny, jej beneficjentem był układ polityczny, a wiele wska­zuje na to, że rząd sprzedał udziały w firmie wraz z gwarancją zablokowania liberalizacji rynku na kilka lat. Obsługa klienta była rodem z epoki filmowego „Misia”. Taka analiza dotycząca TP była, w mojej ocenie, trafna. Była, kilka lat temu.

W ciągu tych lat wiele osób podję­ło walkę z monopolem, w tym również autor tego artykułu, poprzez: wprowa­dzanie na polski rynek konkurencyj­nych podmiotów i nowych technologii, dążenie do liberalizacji rynku, wprowa­dzenie prawa umożliwiającego wolną konkurencję w obszarze telekomunika­cji zarówno międzynarodowej, między­miastowej, jak i lokalnej. Niezwykle szybki rozwój technologii zresztą wy­przedził jakiekolwiek inne starania. Sukces operatorów sieci GSM spowodo­wał, że w zasadzie już dzisiaj telekomu­nikacja wielu ludziom nie kojarzy się z popularną tepsą, ale operatorem ko­mórkowym, z którego usług korzystają od lat. Każdy, kto ma rodzinę za grani­cą, używa darmowych połączeń Skype’a często z transmisją wideo. Dostawcy te­lewizji kablowej okazali się być potęż­nym rywalem, który z popularnego lo­kalnego „kablarza” przekształcił się w dostawcę usług triple play, czyli telewi­zji, telefonu i internetu. Na rynku poja­wiły się już wiele lat temu konkurencyj­ne firmy operujące w zakresie telefonii stacjonarnej i internetu.

To wszystko spowodowało, że trafne analizy sprzed kilku lat dzisiaj prowadzą do mylnych wniosków i błędnych decyzji. Przez lata politycy bezczynnie przyglądali się mo­nopolowi, gdy był on państwowy. Kiedy jednak rynek sam zaczął podważać jego pozycję, a dawny monopolista stał się firmą jakich wiele, politycy dostrzegli narzędzie wpływu na prywatny już biz­nes w postaci regulacji prowadzonej przez państwowego urzędnika. Odgórne nakazy, zakazy i uznaniowe decyzje po­dejmowane są przez regulatora rynku często, jak sama o sobie zwykła mówić szefowa urzędu regulacji, w oparciu o „intuicję”. Trudno o lepszy przykład te­go, jak biurokracja może ingerować w wolny rynek, utrudniając w rzeczywi­stości konkurencję i rozwój gospodar­czy. Nawet w sytuacji, w której każdy jest w stanie wymienić co najmniej kil­ka dużych firm na rynku telekomunika­cyjnym, okazuje się, że wciąż dominuje mit wszechwładnego monopolisty. Oparta na prostym modelu złej firmy i dobrego regulatora, powstała prze­strzeń do praktycznie nieograniczo­nych działań dla państwowego urzędni­ka. Siła mitu politycznego pozwala na bezkarność i nieliczenie się z konsekwencjami ekonomicznymi uprawianego populizmu regulacyjnego.

Tak jak w poprzednich przykładach mit telekomunikacyjny jest niezwykle atrakcyjny dla mediów, które zawsze chętnie podejmą temat dzielnego urzęd­nika walczącego ze złym smokiem. Utrzymywanie takiego mitu jest rów­nież wygodne dla polityków, ponieważ zwalnia ich z odpowiedzialności za ten sektor gospodarki. Jakie to ma znacze­nie dla modernizacji Polski? Telekomu­nikacja jest jednym z najważniejszych obszarów postępu cywilizacyjnego. W obecnej sytuacji ekonomicznej Polski celem działań regulacyjnych powinna być maksymalizacja inwestycji w infra­strukturę, a nie populistyczne dążenie do regulowania cen na rynku za pomocą uznaniowych decyzji. W sytuacji, w któ­rej działalność regulatora wymierzona jest głównie w jednego przeciwnika, a celem regulacji jest przeważnie kontro­lowanie cen i usług, praktycznie nie ma potrzeby inwestowania w infrastruktu­rę. Dane dotyczące Polski są zatrważają­ce, jeśli zrozumie się, że dzięki takiej re­gulacji największy konkurent w zakre­sie telefonii stacjonarnej zainwestował głównie w marketing i reklamę. Regulator rynku nie reaguje, kiedy w telewi­zyjnych reklamach niezależnego opera­tora pokazywany jest kabel internetowy przemierzający morze i ląd, aby dotrzeć pod strzechy. Problem polega na tym, że ów kabel (czyli inwestycja w infra­strukturę) istnieje tylko w telewizyjnej reklamie. W rzeczywistości dzisiaj niko­mu nie opłaca się inwestować w rozwój infrastruktury i właśnie podłączanie owego kabla do klienta. Skandaliczne są zachowania operatorów, którzy poten­cjalnym klientom nieposiadającym w domu gniazdka telefonicznego radzą, by zgłosili się do TP z prośbą o podłączenie do sieci. Dopiero wtedy możliwe jest podpisanie z nimi umowy. Stać ich na oferowanie tańszych usług właśnie dzięki uznaniowemu ustano­wieniu cen przez regulatora. Prowadzi to jednak nieuchronnie do zamierania jakichkolwiek inwestycji w sektorze. Nikt nie przerwie błędnego koła populi­zmu regulacyjnego, gdyż musiałoby to oznaczać zderzenie się z mitem poli­tycznym, jaki utkwił w świadomości de­cydentów.

Mit 4.: Układ i oligarchowie, czyli jak osłabić gospodarkę

Czy „układ” i „oligarchowie” też są tylko mitem politycz­nym? Podobnie jak w poprzed­nich wypadkach odpowiedź musi zawie­rać się w jakimś okresie czasu, gdyż tak to jest na tym świecie, że rzeczywistość gospodarcza jest dynamiczna. Sieć nie­formalnych powiązań polityczno-biznesowych zdominowała życie gospo­darcze w Polsce praktycznie przez całe lata 90. Polscy oligarchowie przez blisko dekadę posiadali potężne wpływy dające im przewagę nad „rynkowym” bizne­sem. W tym sensie analizy polityczne niektórych dziennikarzy i polityków związanych przeważnie z prawicą wska­zujące na istnienie „układu” i władzę „oligarchów” były trafne, mimo że nie­chętnie przyjmowane na warszawskich salonach. W latach 90. zbyt blisko ob­serwowałem jako dziennikarz relacje oligarchów z polityką, aby nie dostrzec tego, że wiele państwowych kontrak­tów, licencji, prywatyzacji było możli­wych jedynie dzięki praktycznemu wy­korzystaniu układu. Lata 90. cechowało kilka czynników: praktycznie jedyny kapitał łatwy do pozyskania był kapita­łem państwowym lub spółek skarbu państwa, na rynku kapitałowym było za­ledwie kilkanaście firm funkcjonują­cych jako podmioty czysto prywatne, ośrodek decyzyjny w sprawach gospo­darczych był jednoznacznie w rękach politycznych. Jednak życie gospodarcze jest znaczne bardziej dynamiczne niż polityczne, a dekada potrafi zmienić w nim wiele. Taki jest właśnie przykład Polski. Dzięki uruchomieniu funduszy emerytalnych i efektowi reform gospo­darczych na początku XXI w. analizy lat 90. szybko przestały być aktualne. Kie­dy część klasy polityczno-medialnej rozpoczynała wojnę przeciwko układo­wi i oligarchom, ich wpływ na życie go­spodarcze był praktycznie znikomy. Warto zauważyć, że na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych jest notowanych 350 firm, z czego związa­nych z oligarchami w jakikolwiek sposób, zaledwie kilka. Od co najmniej pię­ciu lat rynek nie potrzebuje poparcia oligarchów, a układ z lat 90. jest dzisiaj jednym z kilku ważnych układów rzą­dzących polską gospodarką. W momen­cie rozpoczynania wojny z oligarchami i ich układem, Polską rządził już zupełnie inny układ związany z rynkiem kapita­łowym i nieznający litości dla „starych” liderów. Najlepszym przykładem jest to, że żadne wpływy polityczne nie były w stanie powstrzymać upadku fortun miliarderów z listy najbogatszych. Warto dodać, że większość z nich po dekadzie akumulacji kapitału lat 90. nie poszła wzorem rosyjskich oligarchów w kie­runku kupowania drużyn futbolowych w Anglii, lecz uruchomiła realne firmy, często stanowiące jedyny polski pod­miot zdolny do konkurencji na między­narodowym rynku w swojej branży. Wskutek gwałtownie zachodzących pro­cesów gospodarczych rozpoczęcie przez PiS „wojny z układem” miało miejsce w czasie, kiedy on sam przeszedł ewolu­cję, a jego siła była zaledwie ułamkiem współczesnego życia gospodarczego. W tym sensie wojna z układem była wojną z mitem politycznym wykreowanym i istniejącym w latach 90., ale w połowie pierwszej dekady XXI w. praktycznie pozbawionym realnej władzy nad gospodarką Polski.

Tekst zamieszczony w nr 36/37 kwartalnika Nowe Sprawy Polityczne.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Gospodarka