To miał być komentarz dla Luli322, która „wciągnęła" mnie do jaskini wspomnień... i tutaj Mistrza nie mogło zabraknąć, fragment z MW Waldemara Łysiaka (kto nie czytał.. lektura obowiązkowa)... fragment rozdziału pt. Kuter :
„— Wiesz, taki kuter...
Wiem. Taki kuter, który może być wielbłądem, koniem i psim zaprzęgiem, a mordem jemu pustynia, step albo bezkres śniegu. Wiem.
Taki kuter kilkakrotnie namalował Franz Radziwiłł, niemiecki „nadrealista romantyczny”, który urodził się w roku 1895, jako pierwsze z siedmiu dzieci ubogiego garncarza. Romantyczny, bo zakochał się w malarstwie Friedricha, a nadrealista, bo inspirował go Giorgio de Chirico. Ten kuter u Radziwiłła albo stoi przy brzegu, albo odpływa, albo przypływa, a w tajemniczym kosmosie; który go otacza i w którym on króluje, towarzyszą mu: czas heroiczny, słońce jak rozpalone żółtko jaja, albo jak pękająca gałka oczna, albo jak rozrywający się płód w łonie kobiety, i samolot, który leci, potem pikuje w dół i zaczyna płonąć, ciągnąc za sobą czarny, kłębisty welon zagłady. Ryby wychylają z fal morza otwarte pyski i patrzą na tajemniczość świata, w którym można być siwowłosym dzieckiem, kowbojem i marzyć o skrytobójczej śmierci na ścieżce chwały i sławy, i wielkiej samotności. Taki kuter, jak symbol. Ten kuter namalowany przez Radziwiłła zawsze mi się kojarzy z owymi dziwnymi chwilami, kiedy mężczyzn opada gorączka szaleństwa i samounicestwienia, kiedy wiedzą, że nie rzucą domu, nie spóźnią się do biura, nie zdradzą żony, podniosą słuchawkę telefonu, wytrą buty o wycieraczkę, staną w kolejce po gazetę i wypełnią kupon toto-lotka, lecz wydaje im się, że jutro przeklną to wszystko i przedsenne marzenie zamieni się w kuter. Nie dzisiaj, jutro. Dzisiaj pobawią się rewolwerem-zabawką syna, ale jutro...
Pierwszy raz usłyszałem to od swego byłego szefa, naczelnego dyrektora jednej z największych „fabryk” w Polsce, Pracowni Konserwacji Zabytków, doktora inżyniera Tadeusza Polaka. Pracowałem w PKZ-ach krótko. Zdążyłem zaledwie wybudować Bacciarellówke, czyli Pałac Ślubów, i opuściłem Warszawe, udając się na studia do Rzymu. Po powrocie rozpocząłem pracę na swym rodzimym Wydziale Architektury PW i z Polakiem spotykaliśmy się już tylko na gruncie przyjacielskim. W czasie jednej z rozmów on wspomniał, że przeczytał właśnie moją debiutancką „Kolebke”. Bohater tej powieści, obieżyświat i samotnik Karśnicki, ginie na ostatniej stronie tajemniczo.
Polak nagle zamyślił się i długo milczał. Potem powiedział cicho, odwrócony do okna:
— Wiesz, mam pięćdziesiąt lat, osiągnąłem już wszystko, dzieci są dorosłe... Jeszcze czas, żeby... W zeszłym roku, w Ustce, widziałem na brzegu kuter, był do sprzedania. Wiesz, taki kuter...
Wiem. Jutro pojedzie się po ten kuter. Dzisiaj jest jeszcze konferencja i trzeba odebrać maszynkę do golenia z naprawy, ale jutro... Nie, jutro trzeba lecieć do Paryża na sympozjum międzynarodowe, potem podpisać umowę z Algierczykami i po drodze do domu zawadzić o Macedonie, gdzie nasi prowadzą prace konserwatorskie. Więc za dwa tygodnie, ale przedtem należy podrzucić artykuł do „Ochrony zabytków” i... jest jeszcze kilka pozycji w notesie. Powiedzmy za miesiąc... Dzisiaj zaś, zanim sen zmroczy myśli, będzie można pod zamkniętymi powiekami sprawdzić bębenek, zapiąć sprzączkę paska od kabury pod ramieniem i wejść na kuter. A ja myślałem, że to tylko my, co nie strzelaliśmy w Powstaniu i nie ścieraliśmy z twarzy fekaliów w kanałach między Starówką a Śródmieściem, że to tylko my czujemy ten głód, od którego czasami dostaje się febry. I wstydziłem się, że mi wędrują po snach jacyś desperados z Alamo, ze stronic Dumasa i z „Dział Navarony”, dlatego uważałem, żeby po wyjściu z kina nie wygłupiać się trzymaniem opuszczonej ręki przy biodrze.
Od tej rozmowy z Tadeuszem kuter stał się dla mnie symbolem ucieczki i byłem wniebowzięty odnajdując go na płótnach Radziwiłła. A właściwie na reprodukcjach tych płócien, znam bowiem tylko reprodukcje, ale za to najwyższej klasy, z pięknego albumu monachijskiego wydawnictwa Karl Thiemig (rok 1975), który otrzymałem w prezencie od brata. Spytałem go wówczas :
— Widzisz ten kuter?
— Widzę.
— Chciałbyś?
— Chciałbym. Taki kuter...
— Właśnie...
Taki kuter to może być wielbłąd albo koń, ale żeby było pusto i daleko i żeby... Wiesz, taki kuter... Kiedyś... Słyszałem to już nieraz, od kilku znajomych i przyjaciół, młodych i ciągle młodych. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Pamiętam długi, całonocny wieczór kawalerski, który przebiesiadowałem z kolegami, a po którym nasze osamotnione panie przysięgłyby, gdyby je spytano, że w przerwach między zakąszaniem mówiliśmy najpierw o „układach”, potem o sporcie, potem o polityce, potem o „dziwkach” i w końcu każdy do siebie. A myśmy do białego świtu snuli szczeniackie plany awanturniczych wojaży. Im bardziej upijaliśmy się tą wizją, tym bliższy wyznaczaliśmy termin. Pokłosiem tej nocy był mój i Jarka Chlebowskiego dziki rajd po Stanach Zjednoczonych, który opisałem później w „Asfaltowym saloonie”. Lecz mimo, że sprowokowaliśmy tam dziesiątki przygód, kilka razy ścigaliśmy się z policją, chcącą nas ukarać za przekraczanie szybkości, że biliśmy się i że raz wylądowaliśmy w celi na terenie stanu Georgia, to jednak był to tylko asfalt dla czterech miękkich kół samochodu a nie ocean czy afrykańskie bezludzie. Wróciliśmy do domu z niedosytem i znowu się zaczęło:
— Wiesz, taki kuter...
Wiem. Z piekła wzięłoby się szypra, gdyby tylko puściły pęta kotwiczące w Układzie, uplecione z kabla telefonu, sznura od żelazka, czyichś warkoczy i najgłupszych obowiązków. Ale to się rzadko zdarza i dlatego wędrujemy bez chwały po obszarach ujarzmionych i wyzutych z prawdziwej przygody; koń nas nie zrzuci, król nie uściśnie nam ręki, fala nie zamoczy nam stóp, echo nie pójdzie po górach, kiedy skacze na plecy nasłany morderca i nim uderzy, wydaje dziki okrzyk bojowy, gdy oglądamy to tylko w kinie naszej wyobraźni i w fotelu kinowym, obserwując z tej pozycji klownade naszego gatunku. Ci zaś, którzy te cywilizowaną gnuśność utożsamią w końcu z brakiem godności i którym fala nienawiści i odwagi uderzy do mózgu, miast wejść na kuter, wchodzą na dziesiąte piętro i przez tę jedną chwile , tak krótka, że strach nie zdąży powrócić do nich, obłąkanych ptaków, należy całe niebo, które, kiedy minie ta chwila, skurczy się do wykopu o rozmiarach dwa metry na jeden i dwa w głąb.
Jest taka mała czarna kulka, która drzemie gdzieś na dnie duszy, między tyłkiem przyzwyczajonym do krzesła a ustami przyzwyczajonymi do kłamstw. Czasami ta kulka zaczyna wirować i zamienia się w szklaną kule, w której widać żeglujący kuter, dzikie konie wśród traw i palmy gnące się od uderzeń wiatru. Widzisz wówczas samego siebie, jak leżysz na piasku, twarzą do gwiazd, a księżyc wskazuje ci godzinę. Każda zmarszczka przestrzeni dookoła kryje w sobie bogactwo przyrody i grozy, którą wymodliłeś sobie u Boga Wielkiej Niewiadomej. Czujesz sól zbrodni na spieczonych wargach, a twoje skarlałe pragnienia powracają do pierwotnej świetności, w czas owych zaciekłych pogoni i sekretnych podchodów z nożami w zębach ku obozom, których strzegą uśpione straże. Budzisz się zlany potem i tęsknisz do tej mary. Aż kiedyś przychodzi ostatnia starość, skłonna do rozmyślań i łez, i ten wieczór, kiedy widmo po raz pierwszy nie wraca, a kulka zaczyna topnieć jak gałka ze śniegu i biały żagiel kutra rozpływa się w otchłani horyzontu. Wówczas odkrywasz, że całym swym statecznym życiem bez celu zdradziłeś Boga swych marzeń, które latami zuchwale nastrajałeś na awanturniczą nutę, i że splamiłeś obie dłonie i obie strony swej duszy pieczętując Układ, w którym nic nie zyskałeś prócz ogromnego zmęczenia i wstydu. Wtedy zaczynasz umierać, a szklana kule zastępuje ci święty obrazek symbolizujący twą ostatnia wiarę, tajemną i rozpaczliwie wytrwałą, jedyną, którą zabierzesz do grobu. W przebaczenie.
Tę szklaną kule, która pęka rozsadzana przez wybuch w jakiejś potwornej, niepojętej macicy, namalował Radziwiłł w roku 1953 na płótnie „Kosmos ‘można zniszczyć, ale Nieba nie” (Muzeum Miejskie w Oldenburgu). Pod nią widnieją dwa puste kutry przy brzegu, obok czarnej skały, na którą pikują ptak i samolot. Sina czasza kosmosu rozszczepia się na kamienne płyty jak uderzona toporem przez Szatana i otwiera nieprzeniknioną czeluść, w której mieszka czas heroiczny. Powietrze naładowane furią ciągnie się za szklanym okiem niczym welon komety, skały drżą w napięciu oczekiwania, fale zamarły w bezruchu, a przez maszty kutrów, jak przez magiczne anteny, płyną prądy przenikające na wskroś wszelką materie. Jeszcze chwila i rozlegnie się głośny jęk bólu, w którym narodzi się nowy świat, teraz!... Wkładasz gwałtownie płaszcz, który nigdy już nie wróci na to miejsce, buty, klucze niepotrzebne, idziesz do drzwi... W drzwiach stoi inkasent:
— Rachuneczek za światło i gaz.
Coś się kończy. Może jutro. Tak mija twój czas, mierzony racami napadów szaleństwa i marzeń, które się nie ziszczą. Nigdy nie będziesz królem samego siebie. Jesteś przypisany do żarówki, nie zaś do ogniska, które płonie gdzieś daleko we wspomnieniach o stepie z bohaterskich snów.
Tylko w nocnych koszmarach maszerujesz obok tych boskich straceńców, którzy zginą w walce albo od trucizny, albo od strzału w plecy, takich jak wegierski poeta Miklós Zrinyi, który napisał przed śmiercią:
„Niebo mnie okryje, gdy nie skryją w grobie,
Tylko niech uczciwy będę w skonu dobie.
Czy mnie wilk rozszarpie, czy mnie kruk rozdziobie,
Pod niebem na ziemi będę leżał sobie”.
Pod niebem, na ziemi, leży po śmierci tylko ten, kto żył ze śmiercią jak z kochanką i kupił tym sobie morderczą śmierć. Zrinyi naraził się Austriakom. Zginął w roku 1664, w wieku 44 lat, podczas polowania w okolicach Csaktornya. Ogłoszono, że zabił go rozjuszony dzik, lecz całe Węgry wiedziały, iż w Wiedniu przechowywana jest strzelba z napisem: „To ja jestem tym dzikiem, który zabił hrabiego Zrinyi”. Opisując w „Asfaltowym saloonie” mój i Jarka szalony rajd przez dwadzieścia siedem stanów Ameryki, jeden rozdział poświeciłem epopei Alamo, owego fortu-klasztoru w San Antonio, nazwanego „Teksaskimi Termopilami”, gdzie prawie dwustu bożych straceńców (w tym kilku Polaków) toczyło beznadziejny, fantastyczny bój z armią meksykańską, odrzucając wszelkie propozycje poddania się i ginąc co do jednego, a przedtem, w trakcie tej walki, wybijając jedną trzecią oblegających. Zakończyłem zdaniem o tym, jak powraca do człowieka „ta myśl — bożonarodzeniowe marzenie dziecka o złotej gwiazdce— umrzeć jak w klasztorze Alamo...”. Lub jak w Camerone. W 1863 roku w Camerone (Meksyk) po bohaterskiej walce wybity został do nogi oddział francuskiej Legii Cudzoziemskiej. „Faire Camerone” — „Robić Camerone” — weszło do języka francuskiego jako idiom oznaczający nieugietą walkę do końca. „Faire Camerone”, „To do the Alamo” — ów syndrom Termopilów (wszelkie prawa do nazwy zastrzeżone) dotyka wielu, owija nasze czoła taśmą błogich szaleństw, a umieramy w łóżkach przepełnionych szpitali, w domach starców, w pustych pokojach naszych mieszkań... Pytanie: czy nie warto — znając starą prawdę o marzeniach piękniejszych od spełnień — marzyć jedynie o dzikim ogrodzie, wypełnionym cieniami bohaterów, gdzie każdy krok ma smak przedostatniego kroku, a w powietrzu gęsto od sztyletów i rewolwerów? Od strzyżonego parku, którym wędrujemy, oddziela go wysoki mur z szarych kamieni. Nie ma w nim furtek, ale można przystawić drabinę i spojrzeć w głąb lub skoczyć w głąb. Lecz być może gdyby wykonało się ten skok, być może jedyną odnaleziona tam przygoda byłoby rozpaczliwe zdumienie, że w tak szczupłej i nieurodzajnej przestrzeni zamknięta jest kraina, której przypisywaliśmy walor nieskończoności. Horyzonty, ku którym biegliśmy, zaczęłyby gasnąć niczym egzotyczne owady zamknięte w dłoni albo jak kobiety, które tracą swą cudowność, gdy już się je zdobyło. Czyż nie tak oszukali się ci wszyscy, którzy wstąpili do Legii Cudzoziemskiej, by potem uciekać z garnizonów w Corte, Dżibuti i na Tahiti? żeby to naprawdę przeżyć, trzeba być samotnikiem w stanie permanentnej ucieczki i pogoni, a jak można być zupełnym samotnikiem w świecie skolonizowanym do ostatniego centymetra przez mafie wszystkich odcieni? Dlatego ten dziki ogród w rzeczywistości należy już do tego, co minęło i tylko nosząc go w sobie doznajemy aktu samowyzwolenia tak autentycznego, jakim było niegdyś uganianie się po świecie za chimerą męskości i wolności. Tymi właśnie słowami uspokaja się każdy, kto nawet nie próbuje przystawić drabiny, poprzestając na marzeniach. Błogosławieni wszakże ci, którzy przynajmniej w marzeniach buszują w owym dzikim ogrodzie. Rośnie on na kontynencie rajów obiecanych, to jest tych cudów, które były i będą, a obcy jest im tylko wymiar teraźniejszości, i w których wszyscy podniosą się na duchu, będą dumni, niezwyciężeni, nareszcie prawdziwi i uwolnieni od jarzma każdej przemocy, z jawą włącznie.....”



Komentarze
Pokaż komentarze (8)