W Kołobrzegu, gdzie słony wiatr smaga twarz, a mewy sprawują władzę niemal absolutną, rozegrał się dramat kulinarny, który powinien dać nam wszystkim do myślenia. Nasza bohaterka ma na imię Eni – to prawdziwa szachrajka i mała spryciula (jak ustaliliśmy w naszej rozmowie), regularna bywalczyni parapetu, która surowe mięso czy wątróbkę przyjmuje z godnością właściwą podniebiennej arystokracji. Jednak gdy na horyzoncie pojawił się kawałek białej kiełbasy, nawet ta przebiegła obserwatorka ludzkich nawyków ogłosiła niespodziewany i wymowny bojkot.
Mogłoby się wydawać, że mewa srebrzysta, znana jako oportunistka połykająca niemal wszystko – od ryb po resztki z restauracyjnych stolików – nie pogardzi żadnym kęsem. A jednak Eni, po krótkiej i krytycznej inspekcji, uniosła się ponad garaż i zostawiła ten „przysmak” na dachu dla zdecydowanie mniej wybrednych kawek. Co wiedziała ta mała spryciula, czego my, ludzie, zdajemy się nie zauważać w naszych codziennych wyborach? Może jej instynkt bezbłędnie wyczuł to, co nazywamy „ulepszaczami”, nadmiarem soli czy osławionym MOM-em – papką, której świadome zwierzę nie tknie, nawet jeśli dla człowieka pachnie ona „bosko”.
Kiełbasa, choć dla nas bywa kusząca, dla natury może być jedynie produktem podejrzanym, przetworzonym i osolonym do granic możliwości. Lekcja od Eni idzie jednak znacznie głębiej niż tylko do żołądka i dotyczy naszych instynktów przetrwania w świecie pełnym iluzji. W dobie wszechobecnych obietnic i kolorowych opakowań, ta kołobrzeska szachrajka staje się symbolem całkowitej odporności na wszelkie formy „kiełbasy wyborczej”. Ona nie daje się uwieść marketingowym zapachom; ona testuje rzeczywistość swoim surowym, ptasim instynktem i bezlitośnie odrzuca to, co zbyt sztuczne.
Warto więc czasem stać się takim hałaśliwym i niepokornym testerem rzeczywistości jak nasza mała spryciula. Jeśli mewa – mistrzyni adaptacji i przetrwania – odmawia posiłku, być może to my powinniśmy zacząć się bać własnego jadłospisu. Zamiast wierzyć obietnicom, lepiej zaufać temu, co autentyczne, niż temu, co tylko ładnie pachnie, a ostatecznie zostaje na dachu garażu. „Chau-cha-cha” – niesie się nad Bałtykiem śmiech Eni, która właśnie udzieliła nam darmowej lekcji asertywności wobec kiepskiej jakości życia.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)