Jarosław Banaś
Jarosław Banaś
report report
60
BLOG

Alchemia polskiego atomu, czyli jak z braku głowic zrobić nagłówki - pisze Jarosław Banaś

report report Polityka Obserwuj notkę 0
Świat przyglądał się temu polskiemu wzmożeniu z chłodnym, lekko znudzonym politowaniem. Zagraniczny felietonista, o ile w ogóle oderwał wzrok od filiżanki kawy, przeczytał ten komunikat prosto: Warszawa chce siedzieć przy prestiżowym stole nuklearnego odstraszania, ale woli nie trzymać w swojej piwnicy niebezpiecznych sztućców - pisze Jarosław Banaś

Ktoś kiedyś zauważył, że w polskiej polityce każde „nie” wymaga trzech „ale”. Sprawa z rzekomym — bądź też całkiem rzeczywistym — polskim atomem pokazała jednak coś głębiej: jesteśmy jednym z niewielu krajów, które potrafią wywołać międzynarodowy kryzys informacyjny wokół broni, której fizycznie nie posiadają.


Wszystko zaczęło się w Brukseli, gdzie wiceminister obrony Paweł Zalewski wypowiedział jedno, z pozoru oczywiste zdanie: „Polska nie chce mieć głowic nuklearnych na swoim terytorium”. I koniec. Kropka. Na Zachodzie ta deklaracja zasłużyła na krótką depeszę między prognozą pogody a wynikami lokalnych meczów. W Paryżu, Madrycie czy Sztokholmie nikt nie rwał szat. Ale w Warszawie? W Warszawie rozsadziło internet, a mikrofon wiceministra okazał się najgłośniejszą bronią masowego rażenia tego tygodnia.


Teatr jednej rodziny, czyli polska alchemia


Tymczasem w kraju ruszył spektakl, który najłatwiej opisać jako klasyczny „teatr jednej rodziny”. Dynamika tego dramatu ma w sobie coś z wybitnej komedii pomyłek:


Rano: wiceminister Zalewski kategorycznie odcina nas od głowic.

Południe: Kancelaria Prezydenta łapie się za głowę i nazywa te słowa kuriozum.

Wieczór: szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz gorączkowo zapewnia, że program *Nuclear Sharing absolutnie żyje i ma się świetnie.

Noc: sam wiceminister dopisuje do swojej wypowiedzi skróty takie jak DCA (Dual Capable Aircraft), dąsa się na krytykę i tłumaczy, że „nie” to tak naprawdę „być może” — tylko w innych okolicznościach przyrody.


Krajowe media natychmiast ubrały ten chaos w ulubione kostiumy. Telewizja Republika ogłosiła narodowy skandal i zdradę w Brukseli, TVN z właściwym sobie zacięciem tropił kolejny „spór w rządzie”, a TVP World dwoiła się i troiła, by przetłumaczyć zdezorientowanym Anglosasom, że ten cały bałagan to nie paniczna rezygnacja, lecz niezwykle wyrafinowana dyplomatyczna „finezja”. Nawet generał Koziej nie wytrzymał i dostrzegł w tym wszystkim kardynalny błąd strategiczny.


Klasyczna polska alchemia: z całkowitego braku głowic bojowych (warheads) zrobiliśmy absolutny rekord klikalności i nagłówków (headlines).


Jak nas widzą, kiedy się kłócimy


Świat przyglądał się temu polskiemu wzmożeniu z chłodnym, lekko znudzonym politowaniem. Zagraniczny felietonista, o ile w ogóle oderwał wzrok od filiżanki kawy, przeczytał ten komunikat prosto: Warszawa chce siedzieć przy prestiżowym stole nuklearnego odstraszania, ale woli nie trzymać w swojej piwnicy niebezpiecznych sztućców. Samoloty zdolne do przenoszenia ładunków (DCA)? Jak najbardziej. Amerykańscy żołnierze na stałe? Bardzo chętnie. Ale magazyn z fizycznymi głowicami? O nie, to już za wysokie progi.


Poszczególne stolice zareagowały z podręcznikowym pragmatyzmem:


Niemiecki Merkur* odnotował sprawę ze stoickim spokojem: Polska chce udziału bez *Sprengköpfe. Niemcy od dekad żyją z amerykańskim arsenałem pod bokiem i doskonale znają to ciche pragnienie, by te głowice wreszcie zniknęły. Zrozumieli nasz szyfr bez zbędnego krzyku.

Włoski Internazionale** przedrukował suchą depeszę agencyjną, jakby to był rutynowy komunikat hydrologiczny.

Turecki BirGün* dla przyzwoitości rzucił na jedynkę krzykliwy nagłówek *„Polonya’dan ABD’ye ret” (odmowa wobec USA), choć w środku ukrył tę samą, nudną depeszę agencyjną.

Hiszpania i Skandynawia** milczały wręcz ogłuszająco — u nich też nikt nie chce parkować bomb na własnym trawniku, więc polskie stanowisko było im wyjątkowo na rękę.

Rosyjski Kommiersant** z nieskrywaną satysfakcją odnotował, że polskie władze nie potrafią uzgodnić wspólnej wersji, złośliwie przypominając, że były prezydent Andrzej Duda chciał czego innego niż obecny prezydent Karol Nawrocki.


Szept Europy kontra polski megafon


W gruncie rzeczy Polska powiedziała na głos dokładnie to, co większość Europy od dawna mówi szeptem. Francuzi od miesięcy oferują swoje „zaawansowane odstraszanie”, ale bez obietnicy, że ich myśliwce Rafale z pociskami ASMP na stałe zamieszkają na lotnisku pod Gdańskiem. Niemcy wolą płacić za amerykański parasol ochronny niż budować własne schrony na rakiety.


Różnica między nami a resztą kontynentu polega jednak na tym, że na Zachodzie o takich sprawach dyskutuje się w wyciszonych gabinetach. W Polsce każdy taki szept musi zostać natychmiast wykrzyczany do mikrofonu na konferencji prasowej, najlepiej z dopiskiem o zdradzie stanu albo genialnym manewrze taktycznym.


Zostaje z tego morał niezwykle gorzki, niczym niesolony barszcz. Największe światowe media nie piszą dziś o tym, że Warszawa dokonała przełomowego wyboru strategicznego. Piszą — o ile w ogóle cokolwiek piszą — że polska klasa polityczna znów nie potrafi uzgodnić jednego, spójnego zdania bez natychmiastowych sprostowań, dąsów i wewnętrznych wojen.


Głowic nie chcemy. Focha mamy. Parasola szukamy. I wciąż udajemy, że to trzy zupełnie różne, genialne strategie, a nie jeden zagubiony kraj, który śmiertelnie boi się zarówno rosyjskiego niedźwiedzia, jak i własnego, włączonego mikrofonu.


Jarosław Banaś



report
O mnie report

Na Salonie24 od 2008. Reaktor Jarosław Banaś. Dziennikarz radiowy, autor słuchowisk, reportaży. Autor porywającej prozy o Julianie Arnoldzie Szaraczkiewiczu "Tak diała państwo". Publikacja w przygotowaniu. Poniżej song Szaraczkiewicza.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka