30 listopada
Są granice. Są normy. Są zasady, które obowiązują każdego — ale ministra sprawiedliwości i prokuratora obowiązują w sposób szczególny. To nie jest stanowisko do ulicznych awantur, publicznych gróźb i politycznych połajanek. To jest urząd, który ma gwarantować stabilność prawa, autorytet państwa i elementarną kulturę instytucjonalną.
Tymczasem minister Waldemar Żurek zamiast mówić językiem prawa, mówi językiem knajackim. Zamiast studzić emocje — rozlewa benzynę. Zamiast strzec Konstytucji — próbuje nią wymachiwać jak pałką na politycznego przeciwnika, rzucając w przestrzeń publiczną oskarżenia i groźby Trybunału Stanu wobec urzędującego Prezydenta, Karola Nawrockiego.
Tak nie zachowuje się minister. Tak nie zachowuje się prokurator. Tak nie zachowuje się człowiek, który ma stać na straży ładu i stabilności państwa.
To już nie jest debata. To nie jest krytyka. To nie jest nawet spór prawny. To jest publiczny pokaz, pogardy, buty i chamstwa. To jest język, który prędzej kojarzy się z praktykami państw postsowieckich niż z demokracją i europejską kulturą prawną.
Państwo prawa nie polega na tym, że silniejszy krzyczy głośniej. Nie polega na tym, że tworzy się medialne lincze, „konsultacje” z własnym zapleczem ideologicznym i teatralne przejęcia instytucji. Praworządność to nie jest happening. Praworządność to odpowiedzialność, powściągliwość i legalizm.
A czym są „konsultacje”, w których obok „organizacji obywatelskich” pojawiają się postacie znane głównie z ulicznych awantur i politycznej zadymy? Mateusz Kijowski, Marta Lempart, Katarzyna Augustynek („Babcia Kasia”), Bartosz Kramek, Stanisława Skłodowska z tzw. Lotnej Brygady Opozycji, Paweł Kasprzak, Szczurek, Kolmasia… Czy to jest grono bezstronnych ekspertów prawa ministra Żurka? Czy raczej stała obsada uliczno-medialnego teatru jednej strony sporu?
Jeżeli tak ma wyglądać „naprawa wymiaru sprawiedliwości”, to nie mówimy już o reformie, lecz o ideologicznym przejęciu. To nie są konsultacje społeczne. To są polityczne ustawki przy prokuratorskim stole.
A kiedy prokuratura zaczyna pachnieć zapleczem partyjno-aktywistycznym, a nie bezstronną instytucją państwa — to nie jesteśmy już w modelu zachodniej demokracji. Wtedy zaczynamy dryfować w stronę modelu wschodniego. W stronę państwa, w którym prawo nie jest tarczą obywatela, ale narzędziem w ręku władzy.
To jest właśnie ten moment graniczny: albo zatrzymamy to szaleństwo, albo obudzimy się w rzeczywistości, gdzie nie rządzi prawo, tylko ci, którzy chwilowo mają dostęp do mikrofonu, stanowiska i pieczątki.
Minister sprawiedliwości nie jest od gróźb. Prokurator nie jest od politycznych rajdów po kraju. A państwo nie jest prywatnym folwarkiem żadnej opcji. I dopóki ktoś tego głośno nie powie — będą wchodzić coraz dalej. Dlatego trzeba mówić. Trzeba pisać. Trzeba patrzeć im na ręce.
Bo praworządność nie ginie nagle. Ona ginie powoli. Od braku sprzeciwu.
Albert Łyjak
Interesuję sie działalnością polskiego wymiaru sprawiedliwości, szczególnie władzą sądowniczą, a także orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka