Marian Brudzyński Marian Brudzyński
83
BLOG

W kruchcie Antykościoła.

Marian Brudzyński Marian Brudzyński Kultura Obserwuj notkę 0
Kolejny rozdział współczesnej powieści faktu, którą publikujemy na naszym Portalu oraz w S24. Rozdział piąty... ------------------------------------------------------- Podróż do Wrocławia przebiegała bez żadnych niespodzianek. Poza jedną: Marka zaskoczyła jego własna gadatliwość. Nigdy dotąd tak się nie zachowywał. Każda mijana po drodze miejscowość wyzwalała niepohamowany strumień słów, który co prawda układał się we wcale logiczny i ze wszech miar interesujący wywód, lecz powodował, że Danka – skoncentrowana na prowadzeniu samochodu po ruchliwej drodze - co chwilę się w nim gubiła. Żnin, Gniezno, Września, pierwsi Piastowie, Otto von Bismarck... Wszystko to w innych okolicznościach wzbudziłoby zachwyt większości słuchaczy. Teraz bardziej przypominało toporną „łopatologię”, a tej Marek zawsze wystrzegał się jak ognia. Nawet w szkole. Dziś nie poznawał samego siebie. Samochód zatrzymał się na leśnym parkingu nieopodal Milicza. Danka otworzyła bagażnik i wyjęła zeń mały srebrny termos. Marek podsunął jej swój kubek, który po chwili wypełnił się gorącą kawą. Oboje lubili jej aromat. Nie było to ich jedyne wspólne upodobanie: z lubością zasłuchali się w odgłosach lasu. - Zbliżamy się do Milicza – mężczyzna przerwał ciszę, by kontynuować wykład - Ciekawą przeszłość ma ta miejscowość, a jej herb... - Przedstawia świętego Jerzego na koniu, zabijającego smoka – z uśmiechem na ustach dokończyła Danka. Zbiła tym Marka z tropu. - Takaś mocna w heraldyce? - Niestety nie. Po prostu dawno temu byłam tu na koloniach. Mam jeszcze gdzieś pamiątkowy proporczyk. Z herbem miasta! - Kolonie? Brrr... - ton głosu Marka zdradzał głęboką dezaprobatę. Nigdy nie był na żadnych koloniach. Ani jako uczestnik, ani wychowawca. - Rodzice wysłali cię za karę? Miałaś kiepskie świadectwo? - próbował żartować. - To była raczej kwestia ich wygody. Oboje byli muzykami. Jeździli po świecie i całymi tygodniami nie było ich w domu. Tak naprawdę wychowywała mnie babcia. A ona co roku lipiec spędzała w sanatorium. Sama zostać w domu nie mogłam, więc kolonie były... najprostszym rozwiązaniem. Zresztą lubiłam je – ostatnie zdanie zabrzmiało mało przekonująco. - Później, już w liceum, wakacje spędzałam u wujka Szczepana pod Sochaczewem. To były czasy – Danka uśmiechnęła się szeroko odsłaniając dwa rzędy równych białych zębów. - Wtedy zrozumiałam, że świat nie jest tak piękny, jak to sobie dotąd wyobrażałam. - Co cię w nim najbardziej rozczarowało? - i tym razem w głosie Marka wyraźnie zabrzmiała sowizdrzalska nuta. - Wiesz, mój dziadek - brat wujka Szczepana - zginął w katastrofie lotniczej. Mnie jeszcze wtedy nie było na świecie. Po latach ktoś dosłownie zmasakrował jego nagrobek. Do dziś mam przed oczyma ten widok... Zaczęłam stawiać pytania, a wujek mi na nie odpowiadał. No, nie od razu poznałam całą prawdę o dziadku, ale i tak przeżyłam szok. - To stało się na cmentarzu w Płocku, prawda? - Kot od razu spoważniał. Doskonale pamiętał swoją wyprawę sprzed kilku lat. - Twój wujek zabrał mnie tam wtedy. Patrząc na porozbijany kamień postanowiłem sobie, że kiedyś odnajdę sprawców tego bezeceństwa. Do dziś jednak nie dowiedziałem się niczego, co mogłoby... - dopiero teraz dostrzegł łzy w oczach dziewczyny. Nigdy nie wiedział, jak reagować w takich sytuacjach. Nie umiał pocieszać. Na szczęście Dance nie było to potrzebne. Dopiła kawę i zapakowała termos. - My tu gadu gadu, a Wrocław jeszcze daleko. Pora jechać – dziarsko wskoczyła do samochodu. Nie dała poznać po sobie, jak bardzo ucieszyło ją wyznanie Marka. Nareszcie pojawił się ktoś, z kim wspólnie podąży tropem tajemnicy śmierci dziadka. Tak oto kolejnej osobie Marek przywrócił nadzieję. Kościół Świętego Michała Archanioła od razu przypadł Markowi do gustu. Bardzo lubił świątynie wzniesione w stylu neogotyckim. Dwie różnej wysokości wieże nadawały budowli oryginalny wygląd. Wnętrze kościoła również zaspokajało Markowe poczucie sakralnej estetyki. Do tego powtarzające się na pięknych witrażach motywy anielskie i obraz Michała Archanioła w głównym ołtarzu. To musiało cieszyć oczy takiego angelologia, jakim był Marek. Jedyne, co go ukłuło, to modernistyczny ołtarzyk ustawiony w kaplicy świętej Benedykty. - Wszędzie wciska się ta protestancka szmira – mruknął niezadowolony. Był znany ze swej nieustępliwości również w tym zakresie. Przyklęknął przed tabernakulum. Po chwili zakończył krótką modlitwę i rozejrzał się wokół. W konfesjonale trwała spowiedź święta. Gdy usłyszał ciche pukanie na znak odpuszczenia grzechów, podszedł bliżej i znacząco chrząknął. - Hm, proszę księdza … Zza fioletowej kotary konfesjonału wychyliła się sympatyczna twarz. Okrągłe rumiane policzki, pełne czerwone usta, niebieskie oczy i nieokiełznana ciemna czupryna lekko kręconych włosów – wszystko to nadawało księdzu Andrzejowi niezwykle sympatycznego wyglądu. - W czym mogę panu pomóc? - Szukam proboszcza Domżalskiego. - A, pan pewnie z Bydgoszczy? – oczy kapłana zaświeciły z lekka. Miał przed sobą tego, który miał odpowiedzieć na dziesiątki nurtujących go pytań. Gdy Marek skinął głową, wikary wyszedł z konfesjonału. Przewyższał przyjezdnego co najmniej o piętnaście centymetrów. Rzadko spotykana szczupłość i pochylona w lewą stronę sylwetka powodowały, że w czarnej sutannie wyglądał niczym piórko czarnego ptaka. - Chętnie zaprowadzę pana na plebanię. W soboty o tej porze mało jest chętnych do sakramentu spowiedzi. Zresztą mój dyżur skończył się już kwadrans temu. Ksiądz proboszcz oczekuje pana. Zresztą nie tylko on. Marek nie zwrócił uwagi na ostatnie zdanie. Głowę miał zaprzątniętą czym innym. - No tak panie Marku, przyszło nam się spotkać w nieprzyjemnych dla naszej parafialnej społeczności okolicznościach. Miał pan już taki przypadek? – zapytał proboszcz, gdy znaleźli się w jego pokoiku na piętrze. - Z kradzieżą relikwii mam tutaj do czynienia po raz drugi. Poprzednio uważnie przyglądałem się śledztwu dotyczącemu kradzieży szczątków Krzyża Świętego z katedry lubelskiej. Niestety, wówczas nie znaleziono sprawców. Również relikwii nie odzyskano. - Nieciekawie to rokuje naszej sprawie – proboszcz nagle posmutniał. - Proszę nie wyciągać pochopnych wniosków. Każda sprawa jest inna. Choć rzeczywiście sam jestem daleki od hura optymizmu. Na całym świecie bardzo rzadko udaje się odnaleźć skradzione relikwie. Często decyduje o tym przypadek. Ważne jest to, żeby wskazać sprawców. Wskazać i ukarać. - Co za ludzie ważą się podnosić rękę na taką świętość? - Różnie to bywa. Zdarzają się kradzieże dokonywane na zlecenie kolekcjonerów relikwii, a przecież Kościół zdecydowanie zakazuje posiadania ich w prywatnych zbiorach. Należną im cześć należy oddawać w świątyniach. Niestety, nie wszyscy to rozumieją. Z bólem muszę wyznać, że klientami handlarzy relikwiami bywają też duchowni i to wyższych szczebli. Jest to bolesne. Serce bardziej boli jednak wówczas, gdy skradzione relikwie poddawane są profanacji podczas różnych satanicznych rytuałów. Dzieje się tak coraz częściej – Marek nie chciał proboszcza wtajemniczać w szczegóły takich obrzędów. Mogłyby dla niemłodego już przecież człowieka być zbyt dużym wstrząsem. Szybko zatem zmienił temat rozmowy. - A w jaki sposób relikwie trafiły do waszego kościoła? - Podarował je arcybiskup Kolonii Meissner. Wybrał naszą świątynię, gdyż w pobliżu przed wojną zamieszkiwała święta Edyta Stein. Do dziś stoi jej dom. Dla Marka okazało się to cenną informacją. Nie chcąc tracić cennego czasu, zapytał: - Czy ktoś mógłby mnie tam teraz zaprowadzić? - Poproszę księdza Andrzeja. Tylko proszę wrócić przed pierwszą. Siostrzyczki ponoć przygotowały na obiad smaczną niespodziankę. Ja tymczasem pojadę na komisariat. Mam do odebrania obiecane zdjęcia. Wikary bardzo rad został przewodnikiem Marka. Dawało mu to możliwość choćby krótkiej rozmowy na frapujące go tematy. Rozmowy bez udziału proboszcza, przed którym czułby się trochę skrępowany. - Dobrze zna ksiądz Wrocław? – zagaił po chwili milczenia Marek. - Tu się urodziłem, skończyłem szkołę podstawową, liceum. Tu przyszło mi pełnić kapłańską posługę. Powiem bez fałszywej skromności: znam to miasto jak własną kieszeń. Kamienica, w której mieszkała „nasza” święta, stoi dwie przecznice dalej. Dom ten jako jeden z bardzo nielicznych ocalał po wojennej zawierusze. Nie został też wyburzony w czasie kolejnych etapów przebudowy miasta. Krótkimi słowy – ocalał trochę cudem. Po kilku minutach dotarli na miejsce. Kamienica nie była okazała. Ledwie dwa piętra wznosiły się ponad parter. W wielu miejscach tynk odpadł od ścian i ukazywał ciągi czerwonych cegieł. Gdzieniegdzie wąskie otwory w murach przypominały ślady kul karabinowych. Czy to możliwe sześćdziesiąt lat po wojnie? Marek nie zastanawiał się nad tym dłużej. Ksiądz prowadził go właśnie wąskimi krętymi schodami. Tu na drugim piętrze mieszkała rodzina Steinów. Stanęli przed drzwiami. Marek nie odczuwał potrzeby wejścia do środka. Spojrzał na duże lustro wiszące na korytarzowej ścianie. Jakiś wewnętrzny przymus nie zezwalał mu na pójście dalej. Marek znał to uczucie i nigdy go nie lekceważył. - O co może chodzić tym razem? – zastanawiał się już dłuższą chwilę. Ksiądz Andrzej ze zdziwieniem obserwował zachowanie swojego podopiecznego. - Dlaczego z taką uwagą przygląda się sobie? Może jakiś pryszcz wyskoczył mu na nosie – uśmiechnął się sam do siebie. Marek nawet tego nie zauważył. Podszedł bliżej lustra, schwycił jego piękną ramę w obie dłonie i przesunął w prawo. Najpierw lekko, zaraz potem gwałtownym ruchem. Zamurowało go. Ktoś na ścianie za lustrem namalował trzy czarne kropki tworzące trójkąt równoboczny z wierzchołkiem ku górze. Nieraz już widział ten symbol i wiedział, co on oznacza. - Coś podobnego! – prawie krzyknął wikary. – Taki sam znak złodziej pozostawił w naszym kościele. Czy to może być przypadek? Marek nie spieszył się z odpowiedzią. Nie chciał przedwcześnie ujawniać swojej wiedzy. Tym bardziej o dramacie Basi Stawickiej. Nici obydwu spraw zdawały się prowadzić do tego samego kłębka.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura