Mariusz Wiącek Mariusz Wiącek
449
BLOG

Opowieść walentynkowa

Mariusz Wiącek Mariusz Wiącek Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Specjalnie nie obchodzę Walentynek, kwiaty ukochanej można dać zawsze, bez okazji.  Jednak ze względu na wszędobylską reklamę, tego dnia  chcę opisać, do czego zdolna jest miłość. W tym przypadku mężczyzny. Historia  według mnie w sam raz na Walentynki. Rzecz działa się w Bieszczadach w bazie u Piotra, , czyli kempingu  w nad rzeką Wetlinką w Wetlinie.

           

           Była druga połowa sierpnia 1986 roku,  czas  środkowego Jaruzelskiego. Razem z  moim kolegą Krzyśkiem, jego dziewczyną Renatą, oraz moją żoną  uradziliśmy że pojedziemy na tygodniowy wypad w Bieszczady. Aby nie było łatwo wzięliśmy  na dokładkę mojego najstarszego 5 letniego syna. Do dyspozycji mieliśmy:  kartki na alkohol, ruski prymus i do niego dwa litry kartkowej benzyny. Przygotowaliśmy także sobie suchy pokarm w postaci makaronu i dżemu. Nocleg  zapewnić miał nam namiot typu Gdynia Super 4. Ten sprzęt przeznaczony był generalnie dla turystów zmotoryzowanych, bo ważył około 40 kg.  My niestety nie mieliśmy samochodu, dojazd do Wetliny był autobusem. Bezpośrednio z Mielca, a mieszkam obok dworca tak że tu nie było problemu z transportem. 
Te 1,5 km z przystanku w Wetlinie na kamping  na raty  mieliśmy nadzieję jakoś namiot dotaszczyć.

 

           Jak uradziliśmy tak zostało wykonane. Namiot wzbudził pewną sensację, bo to były dwa wory jeden pełen szmat, drugi rurek. Cały kamping nam kibicował rozłożą, czy nie rozłożą przed północą. Pokonaliśmy dzielnie naturę materii i rozłożyliśmy namiot mając do dyspozycji 12 m2 co się okaże później ważne.

 

            Po trudach rozkładania namiotu, nasze dziewczyny wygoniły nas po drewno do lasu. Siła wyższa kazała cóż robić Pożyczyliśmy od zmotoryzowanego siekierkę i idziemy zbierać chrust. Nagle do nas podchodzi młody mężczyzna człowiek o zamorskim typie urody i mówi do nas łamaną polszczyznąmojadziewcina kaziała wam pomóć. Jak ci kazała to naginaj z nami. Jak masz na imię:   Juan i jestem z Peru słyszymy w odpowiedzi. Przynieśliśmy drewno, nawet dużo drewna. Rozpaliliśmy ognisko, w jego ogniu przyszło się grzać te pół kempingu, które z nas łacha darło przy rozkładaniu namiotu. Szum nalewanej kartkowej rozchodził daleko w mrok, po za blask ogniska.

           Była gitara, śpiew. Moja żona Ewa powoli poznawała historię Juana. Spotkał swoja dziewczynę z Polski  (czas zatarł jej imię w mojej pamięci wszak było to 27 lat temu)  w szkole publicznej w Peru, gdzie jej rodzice byli na placówce dyplomatycznej.  Od początku jak przyszła do klasy w peruwiańskiej szkole Juan sobie ją upatrzył. Po kilku latach znajomości mówił ze zostanie jego żoną. Los był  nieubłagany dla niego, jej rodziców odwołali z placówki do Polski. On podczas pożegnania mówi czekaj na mnie przyjadę do ciebie.

           Kto mógł uwierzyć że chłopak jest w stanie pokonać ponad 10 tys. kilometrów, tym bardziej że był biedny jak myszk kościelna. A jednak udało mu się!  W rok po jej powrocie do kraju zaraz, po zakończeniu się wakacji zapukał do jej drzwi Juan ze słowami w łamanej polsczyźnie „mówilem zie do ciebie pzijadę"  

           Jeszcze przed jej wyjazdem rozpoznawał możliwości studiowania jeżeli nie w Polsce to w Europie. Wtedy blok demoludów dosyć hojnie sponsorował studia z krajów tak zwanego III świata. Juan znalazł kierunek studiów (jaki   to nie pamiętam), wychodził u siebie stypendium, znalazł kasę na podróż. Zameldował się w Łodzi, gdzie na rocznym kursie przechodził intensywną naukę języka polskiego. Po czym jak rozpoczynały się wakacje zapukał w Gdańsku w dumu gdzie miejszkała jego dziewcznya z peruwiańskiej szkoły. 

           Jego dziewczyna mówiła nam  no co mam z nim zrobić? Robię kurs przewodników wycieczek, mam w jego ramach poznawać regiony w Polsce to go biorę ze sobą, zacznie się rok akademicki każde z nas wróci na swoją uczelnię. 

           Jakie były dalsze losy Juana i jego dziewczyny tego nie wiem.  Skończył się tygodniowy urlop, skończyła się ogniskowa znajomość. Wtedy nie było e-maili, a zwykły telefon w  ruchu automatycznym, był rzadko spotykany. Zresztą każdy z nas miał swoje sprawy.

Jestem ciekaw ilu z chłopców   kupujących  „walentynki” dla swoich  dziewczyn potrafiliby pokonać takie przeszkody jak Juan?  Barierę kulturową, językową, finansową i ponad 10 tys. kilometrów....

I na koniec dlaczego 12 m2 było takie ważne?  U  nas w namiocie w przedsionku, było ciepło i tam się skupiało życie biwakowe,  gdy ognisko przygasało.  Nocą temperatura wtedy spadała do 2-3 stopni, a w przesionku namiotu było dużo cieplej.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości