Z przedszkola czy też szkoły podstawowej pamiętam opowieść o Leninie. A raczej o dziewczynce z Leninem w tle.
Opowieść była prosta. W wielkim ZSRR mieszkała sobie mała dziewczynka, która, wraz z innymi dziećmi ze swej wioski, przemierzała codziennie wiele kilometrów, by dojść do szkoły. Niedaleko wsi, w której mieszkała, przejeżdżał pociąg, ale się nie zatrzymywał, więc dziewczynka zdzierała sobie buty, by móc się uczyć.
Kiedyś dziewczynka napisała o swoim problemie do towarzysza Lenina. Wysłała list i wkróce o nim zapomniała. Mijały tygodnie, miesiące, a dziewczynka nadal chodziła na piechotę do szkoły.
Pewnego razu dziewczynka jak zwykle wędrowała do szkoło i nagle, koło torów kolejowych zobaczyła... Kogo? Nigdy nie zgadniecie... Towarzysza Lenina oczywiście. Włodzimierz Ilicz zatrzymał jadący pociąg i postanowił, że od tego dnia w pobliżu wioski małej dziewczynki będzie stacja kolejowa. Dzięki temu mała dziewczynka i inne dzieci z wioski mogły sobie do szkoły dojeżdżać pociągiem.
Historyjka ta przypomniała mi się, gdy w telewizji pokazano Stację Kolejową we Włoszczowej im. Przemysława Edgara Gosiewskiego. Wzorem Lenina, by zrobić dobrze ludowi, Przemysław Edgar zatrzymał pociąg i ustanowił stację. Za drobnych parę milionów złotych.
Nie, żebym porównywał obu panów.
Porównuję raczej oba systemu. Umożliwiające politykom ustanawianie stacji kolejowych. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi.
A w głowie dźwięczy mi złośliwy rechot, gdy sobie pomyślę, że Lenin zatrzymał pociąg, bo grupa bolszewików siłą przejęła władzę w kraju, podczas gdy Edgar czynu swego dokonał, gdyż został dobrowolnie przez lud wybrany. Ten sam lud, który swymi kolejnymi wyborami uniemożliwia sprywatyzowanie PKP. I ten sam lud, który teraz się nie przyznaje, że na Edgara głosował.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)