Prezydent Lech Kaczyński stanął przed sądem. Nie uznał, że ma gdzieś prawo, że jego immunitet ochroni go przed sądem, że może lekceważyć sobie dobro kraju i ośmieszać sprawowany przez siebie urząd. To dzisiaj.
A wczoraj w Interii przeczytałem: "Aigars Kalvitis, Lech Kaczyński, Josep Borrell, Anders Fogh Rasmussen i Fredrik Reinfeldt - zapamiętajcie dobrze te nazwiska: oni uratowali honor Europy wobec władcy Kremla, Władimira Putina" - zaczął swoją relację z kolacji unijnych przywódców z rosyjskim prezydentem francuski "Liberation".
Dziennik podkreśla, że szczyt nie miał nic wspólnego z "bajką, że kolacja wypadła świetnie, jaką opowiadał bez najmniejszego wstydu Pałac Elizejski". I opisuje, że premier Łotwy i prezydent Polski ośmielili się wytknąć Putinowi sytuację w Czeczenii i konflikt z Gruzją...".
Lecha Kaczyńskiego właściwie nie ma. Uwaga skupia się na premierze. Gra on ponoć pierwsze skrzypce. I nie wynika to z jego prerogatyw jak premiera. Ale czy na pewno? Może media tak nam to przedstawiają? Nie wiem.
Tak czy inaczej w ciągu ostatnich kilku dni postępowanie Lecha Kaczyńskiego bardzo mi się podoba. Jak tak dalej pójdzie zacznę odczuwać dumę.
Czyżbyśmy po epoce miernego Prezia, w końcu mieli Prezydenta?
Poczekamy, zobaczymy. Ale... mam nadzieję. Bardzo dużą i wbrew swoim sympatiom politycznym (nie, nie... nie PO).


Komentarze
Pokaż komentarze (1)