Od kilku dni premier wyraźnie sugeruje, że przygotowuje spore zmiany w składzie Rady Ministrów. Na celowniku znalazł się Roman Giertych, który rzekomo ma być zastąpiony Marcinkiewiczem.
Sam Giertych, zamiast uznać pomysł za żart polityczny, zaczyna się bronić. Podobnie czyni Lepper pytany o Marcinkiewicza i Giertycha. A w tle pojawia się "problem Rokity", którego premier chciałby jakoby w rządzie widzieć. A gdzie będzie Rokita, tam nie może być Leppera.
Koalicjanci wyraźnie więc dają się nabrać premierowi, który i reorganizację szykuje, ale zapewne umowy koalicyjnej i polityki rządu. Po przegranych przez Samoobronę i LPR wyborach samorządowych PiS chce zająć mocniejszą pozycję i bardziej zdecydowanie realizować swoje cele bez potrzeby konsultowania ich z koalicjantami.
Pozostaje jednak pytanie, czy Lepper z Giertychem mają się czego obawiać? PiS sam nie jest w stanie rządzić. Z Rokitą może odejść część posłów, ale czy aż tylu, by stworzyć nową koalicję?
Premier Kaczyński zaprasza Rokitę i Marcinkiewicza nie dlatego, że chce się pozbyć obu wicepremierów, ale dlatego, by nie zaproponowali oni Polakom rozwiązania alternatywnego dla PiS-u i PO. Połączenie sił obu panów mogłoby przewrócić do góry nogami naszą scenę polityczną, a partia, którą mogliby stworzyć, błyskawicznie odebrała by sporą część głosów i PiS-owi, i PO. W końcu taki ruch byłby realizacją tego, co przed rokiem obiecywano i na co większość społeczeństwa liczyła.
Partia Rokity i Marcinkiewicza miałaby szansę na zmarginalizowani PiS-u. PO nie musiała by marginalizować. To akurat świetnie robi Donald Tusk.


Komentarze
Pokaż komentarze