W Internecie, podobnie jak w innych obszarach życia, pojawiają się różne mody. Jedną z najbardziej widocznych i długotrwałych jest moda na walkę z patentami i prawem autorskim. Spowodowane zapewne tym, że, jak próbują twierdzić niektórzy, Sieć jest medium demokratycznym, gdzie każdy ma takie same prawa, jest tak samo widoczny i kreuje ją w takim samym stopniu.
Z tej oczywistej nieprawdy wynika, w konsekwencji, walka z tym, co tą "wolną” Sieć ma jakoby kontrolować i ograniczać – z prawami do własności intelektualnej.
Sprawa patentów na dobre rozgorzała, gdy okazało się, że w USA można patentować oprogramowanie. Patenty bowiem, jak twierdzą ich krytycy, służą ochronie wielkich korporacji, zabijają innowacyjność i uniemożliwiają rozwój małym firmom. Kuriozalny przy tym jest fakt, iż krytyka skierowana jest niemal wyłącznie przeciwko rozwiązaniom prawnym obowiązującym w USA. To właśnie przepisy uchwalone przez Wuja Sama mają niszczyć tę innowacyjność, chronić korporacje i spychać małe firmy na margines życia gospodarczego. Antypatentowi aktywiści (ta grupa najczęściej pokrywa się też ze zbiorem aktywistów walczących z prawami autorskimi) najwyraźniej wychodzą z założenia, że jeśli fakty nie zgadzają się z ich ideologią, to należy je odrzucić jako nieważne.
Ja jednak uprę się, że fakty są istotne. A fakty są takie, że USA, kraj, w którym ponoć prawo zabija innowacyjność, znajduje się w ścisłej czołówce najbardziej innowacyjnych krajów na świecie. I wyprzedza w tej konkurencji zarówno Wielką Brytania, Francję czy Niemcy, jak i Japonię.
Fakty są takie, że to w USA, w kraju, w którym ponoć prawo ogranicza rozwój małych przedsiębiorstw własne firmy prowadzi 7,8% obywateli, a w takich na przykład Niemczech jest to 3,5 procenta.
W końcu to właśnie w Stanach Zjednoczonych, których prawo patentowe chroni ponoć wielkie korporacje, to małe firmy – jak podała ostatnio US Small Business Administration – otrzymują 15-krotnie więcej patentów w przeliczeniu na pracownika, niż olbrzymie koncerny. Czyżby właściciele małych firm celowo działali na swoją niekorzyść i robili wszystko, by nie zaszkodzić interesom koncernów?
O tym, iż to właśnie brak ochrony własności intelektualnej działa na korzyść wielkich firm niech świadczy przykład serwisów społecznościowych - YouTube i MySpace - oraz łamania przez nie praw autorskich.
YouTube jest własnością Google’a (wpływy firmy w 2005 roku przekroczyły 6 miliardów dolarów i zwiększyły się dwukrotnie w porównaniu z rokiem 2004), natomiast MySpace należy do News Corporation, której tegoroczne wpływy wyniosły ponad 25 miliardów USD (oznacza to około 7-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2005). Obie firmy możemy zatem zaliczyć do grupy wielkich koncernów.
Google kupił YouTube’a w ubiegłym roku i zapłacił za serwis 1,68 miliarda dolarów, natomiast News Corp. wydało w 2005 roku na zakup MySpace’a 580 milionów USD. Ani Google, ani News Corp. nie są organizacjami charytatywanymi, więc nie kupiły wspomnianych serwisów społecznościowych po to, by do nich dokładać.
Zarówno YouTube jak i MySpace powstały dzięki naruszeniom praw autorskich i darmowej pracy tysięcy internautów, którzy wypełnili je treścią. Jednak zyski z nich czerpane zasilają korporacje, z którymi to wielu zwolenników i użykowników, a więc de facto, twórców, takich serwisów, walczy.
Na tym właśnie polega fenomen tak szeroko propagowanego zjawiska zwanego Web 2.0. Trudno, by nie było ono chwalone, skoro zapewnia chwalcom maksymalizację zysku przy minimalizacji kosztów. Na przykładzie YouTube’a i MySpace’a widać, jak walka z prawami autorskimi służy tym, którym rzekomo ma szkodzić – wielkim korporacjom.
Istnieje jednak, oczywiście, druga strona medalu. Firmy, których prawa zostały naruszone. To także, w dużej mierze, wielkie korporacje. Sprzeczność jest jednak pozorna.
Warner Music czy Sony BMG od dawna skarżyły się, że MySpace czy YouTube naruszają ich prawa. Naciskały na zmianę tego stanu, groziły procesami sądowymi i w końcu doszły do wniosku, że... lepiej się przyłączyć. Koncerny muzyczne i studia filmowe prowadzą obecnie negocjacje z właścicielami serwisów, których celem jest powiększenie tego tortu i wykrojenie z niego kawałka dla siebie. Są w stanie zgodzić się z tym, że serwisy społecznościowe naruszają ich prawa (które w Internecie de facto i tak nie istnieją), pod warunkiem, że odniosą z tego korzyści. A właściciele YouTube’a oraz MySpace’a zgadzają się z tą filozofią i przystępują do rozmów.
Wielkie koncerny mają zatem wystarczająco duże możliwości, by bronić swoich interesów nawet w sytuacji, gdy prawa autorskie nie obowiązują. A naiwni aktywiści „antykoncernowi” tym chętniej ruszają wówczas do pracy, uczestniczą w życiu serwisów społecznościowych, poświęcają własny czas wzbogacając je nowymi treściami, z czego już konkretne korzyści finansowe czerpią zwalczane przez nich koncerny. Co znamienne, inni poszkodowani w tym procederze - niewielkie firmy nagraniowe czy indywidualni twórcy wideoklipów – nie mają najmniejszych szans na to, by pieniądze i wysiłek włożony w stworzone przez nich dzieła, kiedykolwiek się zwróciły. Nie mają bowiem takich środków jak Time Warner czy Sony, nie są dla News Corp. czy Google’a partnerami do rozmów i nie wyjdą wobec tego finansowo in plus na fanatyzmie antyaktywistów.
Trend ten zauważają też inni. Ostatnio Reuters i Yahoo! postanowiły wykorzystać modę na tzw. społeczne dziennikarstwo i wezwały internautów do przysyłania zdjęć oraz informacji dotyczących najnowszych wydarzeń. Będą mogły dzięki temu obniżyć swoje koszty i zwiększyć zyski. A że stracą na tym pojedynczy dziennikarze, fotoreporterzy czy niewielkie firmy specjalizujące się w dostarczaniu treści? Cóż.... na antyaktywistów zawsze można liczyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)