Po koncercie Sinéad O'Connor w Poznaniu w ramach XVII Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Malta - 16.07.2007.
Nie ma sensu pisać w tym miejscu jakichś wyrafinowanych relacji z koncertu Sinéad, który skończył się kilka godzin temu. Dzięki relacji w „Dwójce" każdy mógł coś z niego zobaczyć i może właśnie to rozbiło intymność, której ta muzyka potrzebuje.
Wokalistka podczas tego koncertu wyraźnie się męczyła. Nie byłbym tak surowy, jak wymagająca poznańska publiczność, która narzekała, że refreny za cicho, że basistka musi pomagać w śpiewie, że załamuje się głos. Ja myślę raczej o takim zmęczeniu, które można porównać do sytuacji „proroka wołającego na puszczy". Bo czy nie jest jakoś wyniszczające śpiewanie po raz kolejny wielkich pieśni, które mają poruszyć góry i widzieć, że nic się nie zmienia. Można poczuć jakiś rodzaj wstydu - może ze zbytniej naiwności. Dlatego też Sinéad chowała się gdzieś w głębi sceny, z rzadka odzywając się do publiczności.
Oczywiście, pomimo tego, co napisałem, koncert był fantastyczny. Począwszy od świetnego supportu - The Car Is On Fire - który zwrócił jednak uwagę tylko grupki kilkunastu fanów pod sceną. Młody zespół zagrał bardzo żywiołowo, na luzie, przekomarzając się z publicznością, że są z Warszawy, ale i tak bardzo lubią Poznań. Na pięć minut przed wejściem „na antenę", ze sceny Michał Merczyński, dyrektor festiwalu Malta, prosił publiczność, by powitała gościa brawami i nie zrobiła Poznaniowi wstydu przed całą Polską. Niestety „nie robienie wstydu" zatriumfowało nad tym, co płynęło ze sceny.
Sinéad O'Connor, wraz ze swoim zespołem, zaśpiewała swoje największe „przeboje". Nie zabrakło Nothing compares 2 U, Fire on Babylon, Thank you for hearing me, I'm stretched on your grave czy The last day of our acquaintance, które Sinéad zadedykowała ze sceny swojemu chłopakowi. Były też dwa utwory z nowej płyty - zdecydowanie spokojniejsze, bardziej melancholijne. Chyba właśnie praca nad tą bardziej uduchowioną muzyką wywarła wpływ na śpiewanie jej starych kawałków, którym towarzyszył jakiś grymas na twarzy wokalistki. Miało to też pewien urok - sprawiało wrażenie, że jest to jakaś trudna misja do wykonania, która sprawia ból. Zresztą, ile razy można śpiewać publiczności, z autentycznym strachem w oczach, o płonącym Babilonie?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)