111 obserwujących
372 notki
1429k odsłon
18880 odsłon

TROTYL BYŁ, ALE SIĘ ZMYŁ?

Wykop Skomentuj181

Sprawa materiałów wybuchowych na wraku TU 154 M  należy do tych aspektów katastrofy smoleńskiej, które wzbudzały i nadal wzbudzają zrozumiałe emocje i szereg pytań o to, jak wyglądał rzeczywisty jej przebieg. Już w pierwszych dniach po tragedii wiele osób podnosiło sprawę dość dziwnego i nienaturalnego rozrzutu szczątków rządowego samolotu, specyficznych uszkodzeń fragmentów maszyny, jednako całościową hipotezę, w której główną przyczyną katastrofy miał być wybuch/wybuchy na pokładzie maszyny, jako pierwszy sformułował doktor inżynier Grzegorz Szuladziński, specjalista od wybuchów, współpracujący z Zespołem Parlamentarnym Antoniego Macierewicza. W  swoim raporcie z maja 2012 roku stwierdził, iż głównymi przesłankami wskazującymi na wybuch jako pierwotną przyczynę tragedii, jest wygląd szczątków samolotu, wielka ilość odłamków, a także charakter zniszczeń poszczególnych fragmentów.  Również stan ciał, obrażenia, które odniosły ofiary przemawia za eksplozją. Niewątpliwie był to pierwszy, tak mocny głos w dyskusji nad przyczynami tragedii smoleńskiej, który całkowicie zaprzeczał tezom podanym przez komisje MAK i Millera.

Kilka miesięcy po tym wydarzeniu, jesienią 2012 roku, Prokuratura Wojskowa zorganizowała wyjazd ekspertów i śledczych  do Rosji, w celu zbadania detektorami szczątków TU 154 M spoczywających na smoleńskiej ziemi. Pod koniec października Cezary Gmyz opublikował sensacyjny artykuł, w którym można było przeczytać między innymi:

Do Smoleńska wraz z prokuratorami pojechali biegli pirotechnicy z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego oraz Centralnego Biura Śledczego, z nowoczesnym sprzętem. Już pierwsze próbki, zarówno z wnętrza samolotu, jak i poszycia skrzydła maszyny, dały wynik pozytywny. Urządzenia wykazały m.in., że aż na 30 fotelach lotniczych znajdują się ślady trotylu oraz nitrogliceryny. Substancje te znaleziono również na śródpłaciu samolotu, w miejscu łączenia kadłuba ze skrzydłem. Było ich tyle, że jedno z urządzeń wyczerpało skalę. Podobne wyniki dało badanie miejsca katastrofy, gdzie odkryto wielkogabarytowe szczątki rozbitego samolotu.

Ślady materiałów wybuchowych nosiły również nowo znalezione elementy samolotu, ujawnione podczas tej właśnie wyprawy do Smoleńska”.

Wielu ta informacja zszokowała, widać było pełne niedowierzania spojrzenia zdezorientowanych Polaków, którym przecież od pierwszych minut po katastrofie skutecznie wybijano jakiekolwiek myśli na temat zamachu, czy wybuchu, wprowadzając na te słowa cenzurę. Również politycy rządzącej partii, na czele z Radosławem Sikorskim zapewniali, że wprawdzie samolot spadł, ale żadnego wybuchu nie było.

Jednak władza nie pozwoliła utrzymywać społeczeństwa w stanie napięcia, więc już tego samego dnia szef WPO pułkownik Szeląg pospieszył z pomocą i uspokoił opinię publiczną, iż nie jest prawdą jakoby polscy biegli oraz śledczy odnaleźli na wraku tupolewa materiały wybuchowe. Biegli nie stwierdzili takich substancji, co nie oznacza, że ich tam nie było, a ostateczną opinię będzie można wydać dopiero po szczegółowych badaniach laboratoryjnych, zapewniał Szeląg. Te pokrętne tłumaczenia, które nic nie wnosiły do sprawy, a jedynie ją zaciemniały powodując mętlik w głowach Polaków, zyskały nawet swoją  nazwę  -„szelągiki”.

Warto w tym miejscu dodać, że próbki zgromadzone przez polskich prokuratorów nie od razu wróciły do Polski, ale pozostawały przez kilka miesięcy pod wyłączną kontrolą służb rosyjskich. Co tam się z nimi działo tego pewnie nigdy się nie dowiemy, choć jak dają nam odczuć media i politycy rządzącej partii, tylko człowiek chory na umyśle lub  fanatyczny  rusofob mógłby podejrzewać, że owe próbki w postaci nasączonych wacików, mogłyby zostać poddane jakimś działaniom, skutecznie usuwającym wszelkie ślady, mogące zagrażać sojuszowi polsko-rosyjskiemu, czy nawet zamienione. Musimy wierzyć rosyjskim służbom i pozbyć się spiskowych teorii, wszak Rosja nigdy nie dała powodu do podważania jej wiarygodności, jako państwa.

Odpowiednio wygładzonej przez prokuratora Szeląga i media prorządowe narracji w sprawie TNT cios zadał szef NPW  prokurator Artymiak, który w grudniu 2012 roku na posiedzeniu komisji sejmowej stwierdził, że niektóre urządzenia użyte w Smoleńsku przez biegłych  jednak wskazały trotyl.

Należy podkreślić, że pobrano wówczas  kilkaset próbek, wskazanych przez  przenośne detektory (między innymi detektor MO – 2M) jako te, na których istniały ślady materiałów wybuchowych, co w połączeniu z wiedzą, iż błędne sygnały detektorów stanowią niewielki procent wskazań, pozwala przypuszczać, iż rzeczywiście na wraku tupolewa, jak również na elementach jego wyposażenia, znaleziono materiały wybuchowe. Potwierdzają to również eksperci  pracujący od lat z detektorami, jak były pirotechnik BOR major Robert Terela:

Wykop Skomentuj181
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale