Usłyszałem dzisiaj, więc zapisuję, aby grzech zaniechania nie stał się (tym razem) moim udziałem.
K. w czwartym tygodniu ciąży dowiedziała się, że jej (nienarodzone) dziecko jest chore. Nieuleczalna choroba. Deformacja. B. prawdopodobne cierpienie dziecka, gdy się narodzi.
Lekarz prowadzący powiedział: Takie coś się usuwa.
K. nie usunęła. Prosiła o modlitwę i sama modlitewną krucjatę rozpoczęła. Jej siostra dzień w dzień na Eucharystii prosiła o uzdrowienie. W tej intencji, wraz ze swym mężem, wzięła udział w rekolekcjach.
Wspólnie (dwie siostry i ich mężowie) uczestniczyli w nabożeństwie, z modlitwą o uzdrowienie.
W trakcie nabożeństwa kapłan powiedział: K., twoje dziecko zostało uzdrowione.
Dodajmy: kapłan, który nie znał ani K, ani jej bliskich, nie znał powodu, dla którego K. z rodziną przybyłą na nabożeństwo.
K., jej siostra i ich mężowie nie mieli wątpliwości, że słowa kapłana są kierowane właśnie do Tej Konkretnej K., i że dotyczą Tego Konkretnego Dziecka.
(„Poczuliśmy, jakby prąd przez nas przeszedł” - powiedział T., mąż siostry K., z zawodu informatyk, nie ulegający emocjom poważny szef, poważnego zespołu).
K. poszła na umówiony termin USG („Wiedziałam, że jest wszystko w porządku” - mówiła).
Lekarz prowadzący nie chciał wierzyć. Prosił o konsultację kolegów.
Wszystkie ślady deformacji zniknęły. Wyniki USG pokazują Zdrowe Dziecko.
Gdy lekarz powiedział to K., nie krył zdumienia. Jeszcze bardziej był skonfundowany, gdy usłyszał od K.: Dlatego, panie doktorze, warto każdemu dziecku dać szansę się urodzić.
Siostrę K. i jej męża znam b. dobrze. Wiem, że nie konfabulują.
Ja, sam będąc człowiekiem małej wiary, spisuję ich świadectwo, aby pomogło tym, którym ma pomóc. Ku chwale Stwórcy.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)