9 obserwujących
295 notek
406k odsłon
1449 odsłon

Niemcy i Francja w sporze z Polską - interesy i nic więcej

Wykop Skomentuj38

Mało który rozsądnie myślący człowiek uwierzy, że Komisja Europejska naprawdę jest zaniepokojona stanem praworządności w Polsce. W Niemczech panuje ewidentne kneblowanie wolności wypowiedzi, czego dowodem jest skazanie dziennikarza za opublikowanie zdjęcie Hitlera z al-Husajnim (wielkim muftim Jerozolimy). We Francji, w której od blisko 2 lat panuje stan wyjątkowy, prezydent Macron uzyskał prawo wydawania dekretów, pomijając parlament. W takich wątpliwych sprawach KE nie interweniuje. Jeśli jednak ktoś uznałby, że europejscy prawnicy bardzo szczerze, troche naiwnie i nie wpełni znając polskie realia, naprawdę są zaniepokojeni stanem demokracji w Polsce, to bez całkowitego wyłączenia mózgu nie sposób uwierzyć, że Niemcy i Francja wspierają ten spór z innych powodów, niż zwykłych geopolitycznych interesów.

PO u władzy (a wcześniej SLD) była dla Niemiec i Francji niezmiernie wygodna. Polska polityka zagraniczna nie tylko wspierała Niemcy we wszystkim, ale nawet sugerowała aby Berlin dowodził Unią Europejską jeszcze bardziej. Taką myśl wygłosił minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski w przemówieniu z 2011 roku, nazwanym przez jego oponentów "hołdem berlińskim". Bałagan podatkowy znakomicie ułatwiał wyprowadzanie kapitału z Polski oraz sztuczne zaniżanie podatków (szczególnie: CIT). Pomysły Niemiec, które były dla Polski ewidentnie szkodliwe, takie jak gazociąg North Stream, krytykowano w mediach, ale realnych działań nie podejmowano. Tusk ogłaszał, że: przecież i tak nie da się nic zrobić. Budowa gazoportu ciągnęła się niezmiernie długo, też korzystnie dla Berlina, bowiem wygodne dla Niemiec jest gdy to właśnie Rosja zarabia na eksporcie gazu. Część kapitału trafia potem z Rosji do Niemiec. Moskwa godząc się na to chce od Niemiec, by blokowały jakiekolwiek próby wzmacniania infrastruktury NATO w Polsce. Tak się działo: to właśnie Niemcy szczególnie ostro oponowały przeciw stałemu stacjonowaniu wojsk NATO w Polsce. Za czasów rządów PO Berlin zgodził sie jedynie na tzw. Szpicę NATO stacjonującą pod Szczecinem, czyli przy samej granicy polsko-niemieckiej. Francja kolanem upychała kontrakt na śmigłowce Caracal, których sama armia francuska ma zaledwie kilkanaście, a sprzedaż przez ostatnie 10 lat wyniosła jedynie kilkadziesiąt sztuk, czyli tyle ile w jednym kontrakcie miała kupić Polska. Rząd Ewy Kopacz mimo deklarowania "twardości", bez jakichkolwiek sporów ogłosił zgodę na sprowadzanie do Polski tzw. "uchodźców". 

Na tym tle szczególnie zabawnie wyglądała prywatyzacja TP SA (dziś Orange Polska). Zgodnie z doktryną, że państwowe gorsze od prywatnego, sprzedano TP SA rządowi Francji! Formalnym kupcem był France Telecom, czyli spółka państwowa. To dawna historia, jeszcze z czasów SLD. 

Zapłatą za taką skrajnie proniemiecką (i profrancuską) politykę było wsparcie Berlina w staraniach o fundusze europejskie oraz oddawanie świetnie płatnych stanowisk unijnych polskim politykom. Właściwie jednemu: Donaldowi Tuskowi. Problem w tym, że za tym nie szła żadna realna władza. Tylko wizytówki, żyrandol i twitter. Francja mająca znacznie słabszą pozycję w UE wybrała rozdawanie medali wiernie jej służącym tubylcom z dalekich krajów oraz fundowała stypendia dla nich. Mniejszy rozmach, ale chętnych też nie brakowało.

PIS wprowadził fundamentalne zmiany. Walka o uszczelnienie systemu podatkowego pozwala ściągnąć dodatkowe miliardy, częściowo kosztem koncernów niemieckich i francuskich. Tworzona polska polityka historyczna uderza w heroicznie od lat budowane przez Berlin zapominanie o tym, kto za tragedię 2WŚ naprawdę odpowiada. Francja obeszła się smakiem w sprawie kontraktu na niemal niesprzedawalne śmigłowce. PIS zapowiada tzw. "decentralizację mediów" czyli mocne uderzenie w niemieckie interesy koncernów prasowych. Polska sprzeciwia się przyjmowaniu jakichkolwiek tzw. "uchodźców". Rozwijająca się współpraca w formacie V4 oraz bardziej luźna, oparta o ew. projekty energetyczne i infrastrukturalne Trójmorze jest nie po myśli Berlina i Paryża, bowiem utrudnia indywidualne rozgrywanie poszczególnych państw. Oba formaty są jeszcze dość słabe, stąd próby ze strony Macrona by sojusze rozbić. Czas pokaże, czy skuteczne. Wojska NATO rozlokowały się w Polsce. Gazoport w końcu ruszył, planowana jest jego rozbudowa. Do naftoportu zaczęły coraz częściej przybijać tankowce z Bliskiego Wschodu. To znacząco zmniejsza zarobki Rosji, a tym samym uderza w transfery kapitału z Rosji do Niemiec i Francji.

Naturalnie rządzący PIS może łatwo zdobyć poklask i zostać uznany przez niemieckich oraz francuskich przyjaciół za "prymusa Europy". Wystarczy: kupić Caracale, przyjąć 50.000 "uchodźców", nie ruszać rynku medialnego, uznać nazistów za winnych 2WŚ, skrytykować Donalda Trumpa, rozmontować V4 i Trójmorze oraz przestać zajmować się podatkami. Jarosław Kaczyński otrzymałby wtedy medal Karola Wielkiego oraz Legię Honorową. Prasa niemiecka i francuska chwaliłby Polskę niemal codziennie. PIS mógłby rozwiązać Sąd Najwyższy i żaden Timmermans nawet by sie nie odezwał. PIS ma jednak diametralnie inne plany.

Świat nie jest naturalnie tak czarno biały. Niemieckie i francuskie inwestycje dalej do Polski napływają, bo można na tym zarobić. Biznes słucha polityków, ale niekoniecznie we wszystkim. 

Berlin i Paryż nie może powiedzeć, że będzie uderzał w polski rząd, bo tego wymagają interesy swoich krajów. Taka argumentacja jest niemożliwa do zastosowania w przestrzeni publicznej. Można to samo powiedzieć używając innych pojęć, np.: walka o demokrację i państwo prawa w Polsce. Stąd takie właśnie argumenty i używanie do ich forsowania Komisji Europejskiej. Lokalni tubylcy chętnie je wspierają, ci mniej roztropni nawołują nawet do nakładania sankcji na Polskę. To bardzo niemądre i kontrproduktywne, kompromituje polskiego polityka, który tak postępuje i poprawia notowania rządzących. Tym czego Polacy najbardziej nie tolerują, to presja zagraniczna.

W XVIII wieku caryca Katarzyna miała być gwarantem polskiej wolności szlacheckiej (czyli ówczesnej demokracji). We wczesnym PRLu demokratą nazywał sam siebie min. Bolesław Bierut. O państwie prawa wprost nie mówiono. Zmieniają się sposoby argumentacji, ale powody pozostają takie same: pieniądze i geopolityka. Tak samo jest w 2017 roku. 

Wykop Skomentuj38
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka