12 obserwujących
92 notki
49k odsłon
961 odsłon

Pat Metheny - "From This Place". Powrót mistrza do muzycznego fantasy.

materiały promocyjne serwisu muz. Tidal
materiały promocyjne serwisu muz. Tidal
Wykop Skomentuj15

Niespełna dwa tygodnie temu zmarł, po długiej chorobie, Lyle Mays, a dziś świat dostał nową płytę Pata Metheniego. Tak to czasem bywa. Niejednokrotnie coś do nas przychodzi w czasie pożegnań. Często, cytując Szolema Alejchema: Radość przeplata się i łzy.

Lyle Mays był, jak to ktoś trafnie nazwał, klawiszowym alter ego Pata. Najbliższym przyjacielem, najbardziej nierozerwalnym współtwórcą najsłynniejszych płyt gitarzysty z Missouri – razem zakładali Pat Metheny Group, zespół, który zmienił oblicze "jazzu" na zawsze, ich muzyczna współpraca trwała 33 lata – tak długa zgodność wspólnej pracy dana jest naprawdę nielicznym. 

Śmierć Maysa skłoniła wielu, również i mnie, do refleksji nad formą i treścią. Pat Metheny Group stał się bowiem w swoim prajmie zespołem o popkomercyjnych zasięgach i popkulturowej  recepcji; by się o tym przekonać wystarczy włączyć koncertową płytę The Road To You i posłuchać jak cały stadion intonuje jeden z tematów tej, niby wciąż "jazzowej" grupy – emocji, które budziła ich muzyka wśród fanów, mogą im spokojnie zazdrościć członkowie U2 czy Coldplay. Sprzedaż ich niektórych płyt przekraczała pół miliona egzemplarzy, a tytuły tj. Still Life (Talking), czy Letter From Home wchodziły do pięćdziesiątki najlepiej sprzedawanych płyt w ogóle, bez podziału na kategorie muzyczne.

Prawda jest taka, że ich muzyka po prostu łamała te podziały. Była nieszufladkowalna. Była piękna. Poruszała ludzi. Dotykała ich serc. Docierała do czułych punktów. Była do bólu liryczna, ale też, kiedy trzeba, poprawiała humor. Potrafiła nieść i melancholię i radość. Była najdalej od muzycznej nudy, jak to tylko możliwe. Pamiętam swoje odczucia, gdy pierwszy raz się z nią zetknąłem: słuchając zastanawiałem się, co będzie dalej – z każdą kolejną częścią każdej kolejnej kompozycji byłem wciągany przez nich do ich muzycznego świata. Opowiadali dźwiękami swoje historie z maestrią najlepszych autorów moich ulubionych powieści. Wciągało wszystko: magiczny, wykreowany od podstaw świat, gdzie spotkać się ze sobą może wszystko, gdzie jazzowa gitara w stylu Wesa Montgomeriego może swoją narracją wprowadzić brazylijski zaśpiew, afrykański rytm, czy azjatyckie dzwonki, ale wciągały też poszczególne historie – tematy – muzyczne opowieści, które były jak losy bohaterów Tolkiena czy C.S. Lewisa. 

Jednak Pat Metheny, to nie tylko Pat Metheny Group. Obok tego swojego najważniejszego projektu, realizował się na bardzo wielu innych frontach muzycznych: równolegle to tej twarzy "popjazzowej", pokazywał oblicze zorientowane na bardziej mainstreamowy jazz. Dla niego to pewnie była taka sama muzyka, dla wielu jego fanów, dla mnie na pewno, też. Po prostu była nagrywana z innymi ludźmi, i tyle. Ale niestety, żyją na tym świecie muzycy jeszcze bardziej niespełnieni niż ja, a nazywają się oni krytycy muzyczni. Dla owych krytyków, nie mam pojęcia dlaczego, te muzyczne światy Pata były trudne do pogodzenia i ilekroć wychodziła nowa płyta PMG oni łamali ręce, że Metheny znów zaprzedaje duszę diabłu komercji, czyt. marnuje ewidentny talent, a gdy Pat wydawał płytę w trio z kontrabasem i bębnami piali z zachwytu i domagali się, by porzucił mrzonki o wypełnianiu stadionów i skupił się na takiej, jedynie ich zdaniem słusznej, wspaniałej muzyce do zadymionych klubów.

Przecież to bzdury! – tak te głosy podsumował mój internetowy kolega, historyk sztuki ukrywający się pod pewnym kolejowym nickiem na twitterze. Jednak owe bzdury wciąż są żywe. Na szczęście o wiele mniej nasilone, gdyż jazz mainstreamowy od wielu już lat, poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, kręci się w kółko, stając się swoją własną karykaturą.

Pat natomiast, pozostaje Patem, czego daje dowód na najnowszej płycie. Najlepszej od wielu lat. I tak naprawdę pierwszej od rozpadu PMG, poruszającej się w świecie, właśnie przez PMG stworzonym i ukształtowanym – w świecie muzycznego fantasy, gdzie nie wiadomo, co czai się za rozwidleniem dróg, w świecie, w którym nie wiadomo kogo spotkają główni bohaterowie, w świecie pełnym portali do zupełnie innych rzeczywistości. W tym też, przepięknym muzycznym świecie, Pat oferuje nam swoje nowe muzyczne opowieści. Nowe historie. Kocham Pata i jako już nienastolatek będę siłą rzeczy zawsze wyżej stawiał opowieści, które poznałem właśnie podczas swojej nastoletniości, to jednak te nowe tematy też są naprawdę niezłe. Nie wiem, czy są równie dobre, jak tamte stare. Pewnie nie. Ale spokojnie, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że też są piękne, też poruszają, też wciągają.

Płyta "gra od początku do końca". Jest tam kilka "cytatów z samego siebie". Jest tam kilka pięknych momentów pomiędzy głównymi bohaterami. Zespół jest zespołem, a nie zbiorem indywidualności: grając słuchają się uważnie, tworzą relacje. Bardzo podoba mi się chemia, która tworzy się między nimi. Jest wyraźnie słyszalna na nagraniu. Jest na tym tym albumie kilka zaskakujących zwrotów akcji. Jest też bardzo dużo pięknego opowiadania - przecudnych pejzaży, klasycznego wizytowania przestrzeni poza niebem nad Missouri, są tła malowane nienachalną orkiestrą, ale też mamy tam dawkę sztuki, jako odbicia rzeczywistości współczesnej – tego, co przeżywają twórcy, z czym się zmagają, co ich smuci, niepokoi, martwi. A wiemy, że prawdziwi artyści to ludzie wrażliwi i może ich martwić, to co ich obecnie otacza. 

Możemy różnie oceniać rzeczywistość, możemy różnie oceniać polityczne zakręty, przez które pędzi ten świat, ale, ja zawsze zostawiam artystom prawo, do oceniania tego, co widzą, przez swoją sztukę. Piszę o prawdziwej sztuce, takiej, jak omawiana pobieżnie przeze mnie tutaj płyta, a nie o robionych na polityczne zamówienie szmatławych gniotach obliczanych na krótkoterminowy zysk wiecowych macherów.

Pat opisuje rzeczywistość go otaczającą i możemy się domyślać jak ją ocenia, możemy próbować interpretować jego sztukę. On, wypowiadając się muzycznie w taki, a nie innych sposób, traktuje nas z szacunkiem. Nie wkłada nam niczego szpadlem do głowy. Nie krzyczy do nas, ani, tym bardziej, na nas. Jest... delikatny. Potraktujmy go zatem i my z szacunkiem. Wysłuchajmy jego opowieści. Wysłuchajmy jego historii. Sprawdźmy, co ma do powiedzenia. Bo, o tym mogę Was zapewnić, ta płyta jest tego warta. Jest, bez dwóch zdań, warta poświęcenia jej naszego czasu i uwagi. Z pewnością, nie jest to "kolejna płyta w dyskografii", nie jest "jedną z wielu". Jest świadomym dziełem, w pełni przemyślanym, osadzonym w konkretnej, dobrze nam znanej i lubianej przez nas, muzycznej przestrzeni wielkiego mistrza gitary. Ze mną na pewno zostanie, a swoje miejsce na regale dostanie gdzieś blisko Imaginary Day i Secret Story.

Wykop Skomentuj15
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura