9 obserwujących
79 notek
38k odsłon
2503 odsłony

TOOL - Fear Inoculum. Koniec trzynastoletniego czekania. Pierwsze słuchanie.

TOOL - Fear Inoculum. Zdjęcie okładki pochodzi z materiałów promocyjnych serwisu muzycznego Tidal.
TOOL - Fear Inoculum. Zdjęcie okładki pochodzi z materiałów promocyjnych serwisu muzycznego Tidal.
Wykop Skomentuj12

Tytuł ten jest, nie będę ukrywał, trochę naciągany. Z dwóch krańców rzeczonej trzynastolatki - po pierwsze trzynaście lat minęło od ukazania się poprzedniej płyty zespołu, a wszak cieszyliśmy się nią czas jakiś, nim zaczęliśmy wyczekiwać kolejnego dzieła, a po drugie, przyznać się muszę bez tortur, że choć jestem fanem muzyki Toola na granicy psychodewocji, to nigdy nie byłem psychofanem zespołu per se, ... i kilka lat temu zwyczajnie przestałem już czekać na nowy album. Ba! Nawet zwątpiłem w ostatniej dwulatce, że kiedykolwiek się ukaże. No, bo... ludzie... litości... trzynaście lat?! 


Na płycie pośród dziesięciu tracków dostajemy sześć kompozycji i cztery transmisje Adama Jonesa ze światów równoległych. Cała opowieść zaczyna się tytułowym utworem, dostępnym w wersji cyfrowej już od niemal miesiąca. Fear Inoculum to w moim przekonaniu szczepionka strachu - Maynard James Keenan i koledzy uznali, że w całą ich historię warto wejść łagodnie. I tak się dzieje - otrzymujemy typowe dla Toola budowanie dynamiki, z jednoczesnym jej ścisłym dozowaniem. Po rekonesansowych pochodach, kilku frazach Keenana, jako przejście pojawiają się pasaże perkusyjne Careya, które nawet nie tyle jawią się znajomo, ale i w brzmieniu, i w intonacji bębnów, są nieznacznie tylko sparafrazowanym muzycznym cytatem z samego siebie na Lateralusie. Dlaczego? Nie sposób o tym na razie pisać. Tak jak i o całej warstwie filzoficzno-ideolololo. Przyjdzie na to czas później. Maybe.

Dźwięki jawią się znajomo - dostajemy już od pierwszej kompozycji zestaw brzmień, który dobrze znamy - zespół nigdzie się nie rozlazł w szwach, by powrócić "ze świeżymi głowami", tylko przez cały ten czas wytrwale koncertował. Muzycy mieli i mają swoje sajdprodżekty, na których się popisują "otwartymi głowami". Słuchając pierwszego numeru płyty, na którą czekaliśmy trzynaście lat dostajemy jasny sygnał: TOOL to wciąż TOOL. Różnica polega na tym, że ten dobrze znany zestaw brzmień, w przypadku gitarzysty Adama Jonesa i basisty Justina Chancellora stał się jeszcze węższy, jeszcze surowszy - chłopaki operują prostszymi środkami spośród możliwości, z których korzystali na ostatnich płytach. Podobnie rzecz się ma w miksie, płyta jest surowa brzmieniowo - bardzo mało skompresowana - co jest w dzisiejszych czasach wręcz niesamowite. Daje to świetny efekt na tle tego, co wspomniałem przed chwilą - znamy doskonale te dźwięki, wiemy od razu kto gra, te przestery, te pogłosy, te delay'e niczym się nie różnią, a jednak jest pewna świeżość. Ową dyskretną świeżość potęguje gra Danny'ego Carey'a na bębnach, który jako jedyny dość mocno poszerzył swój brzmieniowy arsenał.

Po przedstawieniu wizji o zaszczepianiu nas strachem, zespół zdecydował się pokazać nam najnowsze efekty swojej pracy naukowej w dziedzinie antropologii i w utworze Pneuma dowiadujemy się, co nas stanowi. Kompozycja wyposażona jest w bardzo toolowe, niespełna półtoraminutowe, wprowadzenie. Za motyw przewodni drugiego numeru odpowiada Chancellor na basie. Znów - bardzo dla tego zespołu typowy sposób muzycznego opowiadania: dozowanie napięcia, budowanie dynamiki, kontrolowane upusty, radykalne cięcia - fani Ænimy i Lateralusa będą zachwyceni. Słuchając drugiego numeru już jesteśmy pewni - stylistycznie Tool się nie zmienił, estetycznie podąża również tą samą drogą, ale słyszymy już wyraźnie, że jest surowiej w brzmieniach szarpidrutów - trochę mniej kompresji w gitarach, mniej pogłosów w basie, wokal Keenana też jest zdecydowanie inaczej zmiksowany - jest o wiele ciemniejszy, ma więcej środka, jest bliżej. W starszych płytach Keenan często chował się w miksie podobnie do tego, jak chowa się na scenie. Tutaj nie, tutaj jest pełnokrwistym frontamanem, a wciąż w pełni sobą - senny jak kuzyn śmierci, a po chwili ostry jak jej kosa. Ale nim Pneuma się skończy, naszemu słuchowi ukazuje się pewien istotny element, dotychczas na płytach Toola nie spotykany - oscylator! Chłopaki nie uruchamiają go jednak klawiaturą, a dają go Jonesowi, który wpina -to-to w podłogę, i przepuszcza przez niego dźwięki ze swojego Les Paula. Poważnie. Efekt? Cóż, moim zdaniem doskonały. Jest to dyskretne, wynika wprost z muzycznej opowieści, można by rzec - naturalne. Po dźwiękach rodem z filmów lat 80'tych, Tool postanawia jednak skrańcować mocno. Odkręcają gałki w gitarach, stopa chodzi wartko. Ostro, surowo...

Po łączeniu via czarna dziura pt. Litanie contre la Peur dostajemy trzecią kompozycję: Invincible mógłby się znaleźć na Ænimie, gdyby w latach 90'tych była możliwość łatwego zrobienia z gitary analogowego syntezatora. Tak. Znów w połowie numer jest najbardziej klasyczną możliwą toolową riffolandią, by w połowie zrobić się lekką psychodelą... ale nie lękajcie się. To gra dobrze. I trwa jedynie chwilę, by po raz kolejny, jak w poprzednim utworze, syntezatorowe odjazdy wynagrodzić długowłosym dinozaurom riffem - riffem ciężkim jak industrializacja Związku Sowieckiego, niskim jak głosy filmowych demonów i osadzonym jak bagna Luizjany.

Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura