11 obserwujących
87 notek
43k odsłony
109 odsłon

Płyty na Polską Jesień - "Naprawdę nie Dzieje się Nic" - Pierwszy Turnau Najlepszy Turnau

"Zawsze Nigdy Nic" fot. Miłosz Matiaszuk
"Zawsze Nigdy Nic" fot. Miłosz Matiaszuk
Wykop Skomentuj1

Płyta Firmy. Krakowski gigant sceny poezji śpiewanej dziś jest instytucją nawet bardziej, niż firmą. Sprawną, wydajną, przewidywalną. Wydaje regularnie płyty studyjne, regularnie tworzy jakieś sajdprodżekty, udziela się na okolicznościowych wydawnictwach. Jest hołubiony i podziwiany. Ostatnio nawet wydał płytę po angielsku. Dlaczego i po co, nie wiem. Nie zdążyłem się jeszcze dowiedzieć. Ale pewnie miał i powód i cel. Tylko, że od kilkunastu już lat, te nowe jego dokonania mnie coraz mniej przejmują, coraz rzadziej porywają, a z czasem wręcz nie interesują. Jego stare dokonania natomiast, zachwycały na początku, były obecne w różnych momentach życia i są ze mną do dziś. Płyty "Pod Światło", "To tu, to tam" czy "Tutaj jestem" wytrzymały próbę czasu i bronią się bez problemu. Żadna jednak z tych płyt, nie jest tak ponadczasowa, jak jego pierwszy studyjny album "Naprawdę nie dzieje się nic".

Są jesienne płyty aury, jak niemal cała muzyka wytwórni ECM. Muzyka deszczu, muzyka słonecznego dnia złotej polskiej, czy muzyka niepokojących wichrów. Ale są też jesienne płyty, które są jesienne, mimo, że trudno je dopasować do jesiennej pogody. Taką płytą jest "Naprawdę nie dzieje się nic". Nie powiem jednoznacznie, że ten utwór oddaje chmury, a inny słoneczko. Nie da się. Ale słuchając jej zatapiamy się w tym wszystkim, co o wiele bardziej ulotne. W tym, co w jesieni mistyczne. Może dzieje się (nomen omen) tak, gdyż jesienią mamy trochę więcej czasu, nawet jak o tym nie wiemy, nawet jak tego nie czujemy. Dzieje się tak, bo jesienią czas się wydłuża. I nie mam na myśli tego, że władcy łaskawie pozwalają nam przestawić zegarki o godzinę wstecz, choć jest to jakby też jednym z objawów tego mistycznego zjawiska. Czas się wydłuża. Godziny się wydłużają. Mając trochę więcej czasu, jesteśmy w stanie zwolnić, zatrzymać się na chwilę. Pogapić się na kolorowe liście, poobserwować z dnia na dzień coraz bardziej gołe drzewa. Mamy czas żeby, zaobserwować zjawiska dziejące się (nomen omen) bez naszego udziału, gdzieś poza nami, i dzięki temu trochę po-odczuwać tej jesieni. Mamy czas posłuchać muzyki, pomyśleć o niej, dać jej się, choćby na chwilę, porwać, unieść i spojrzeć czasem na siebie i na to co wokół, z innego miejsca, z oddali, z góry.

"Kto wie, czyli piosenka o chęci", z tekstem Turnaua, otwiera tę płytę i traktuje o tym wprost. W tekstach Turnaua jest często wrażenie, że autor pisząc poważne treści, jednocześnie lekko z ukrycia mruga do nas okiem. Jest w nich często takie podejście pół-żartem-pół-serio. Ale dobrze wiemy, że jak coś jest pół-żartem-pół-serio, to z reguły chodzi o to serio, a to żartem to tak dla zakrycia wstydu, dla zmiękczenia odbiorcy, dla stworzenia wrażenia dystansu. "Kto wie..." jest znakomitym utworem, zwłaszcza na początek przygody z tą płytą - nadaje ton - i muzycznie i treściowo - sugeruje jaka będzie ta przygoda, ale jednocześnie za wiele nie zdradza. Pozostawia niedopowiedzenia.

Słuchając dalej płyty okazuje się, że większość zawartych na niej piosenek zajmuje się tą samą, z grubsza, tematyką. Bo hitowe, do dziś obecne na setlistach artysty "Życia Modele", to też spojrzenie refleksyjne na życie - tym razem spisane piórem Michała Zabłockiego. "Złoty Sznur" to miniatura muzyczna, choć pozornie w formie bardzo żartobliwej, zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej, to jednak ma tak naprawdę ten sam, szalenie poważny, temat autorefleksji. Nie dajmy się zwieść - poezja Michała Zabłockiego jest wybitna - nawet jak wydaje się abstrakcyjna, to wczytujmy się w nią, a znajdziemy w niej siebie. Ale to samo odnosi się przecież do twórczości Józefa Czechowicza (najbardziej aurocentrycznojesienne "Przez Kresy", gdzie możemy usłyszeć - poczuć - wiatr i przestrzeń), Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (dwa jego piękne utwory na tej płycie, w tym oszałamiający "Znów Wędrujemy" - nieprawdopodobny przykład tego, jak przepiękna poezja może zainspirować do napisania równie przepięknej muzyki - zainspirować do stworzenia dzieła spójnego, w którym muzyka łączy się z tekstem w jedno - dla wielu, w tym dla mnie, wręcz nierozerwalnie), czy Ewy Lipskiej. Pojawia się też tekst K.I.G.'a, a był to poeta, który sztukę przeze mnie omawianą, pisania o rzeczach ważnych, o refleksji nad życiem, z pozorną lekkością i przymrużeniem oka, opanował w stopniu arcymistrzowskim. 

Ale ta płyta stała się absolutnym kanonem polskiej muzyki w naszym i wielu innych polskich domach, gdyż nie jest jednostajna. W głębiach znaczeń i treści, owszem, traktuje cała o tym samym, ale wyraża to w tak różnorodnej formie, podchodzi słuchacza na tak różne sposoby, że nie sposób jej się oprzeć, nie sposób się nią znudzić. Bo mamy tutaj doskonale ironiczne "Byłem w Nowym Jorku" (oczywiście pod płaszczykiem żartu też ukazuje poważne prawdy ludzkie), magnetyczne "Pianista i ja" - dla kogoś mogłoby wydać się zbyt ckliwe w wymowie, ale Turnau sprzedał je w niesamowicie udanej noir'owej konwencji, co, naturalnie, pozbawia krytyków broni. Ja się przy "Pianiście..." zawsze wzruszę, zawsze zasłucham, zawsze zatopię w noc razem z podmiotem lirycznym i dam się poprowadzić ciemnymi uliczkami fortepianowi Turnaua. Zawsze porwie mnie "TEN walc".

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura