12 obserwujących
90 notek
47k odsłon
134 odsłony

Płyty na Polską Jesień - "Moving Portrait" Dave Douglas

"50 dolców" fot. Miłosz Matiaszuk
"50 dolców" fot. Miłosz Matiaszuk
Wykop Skomentuj1

Płyta, której tytuł widzimy w tytule powyżej, musiała znaleźć się zestawieniu moich ukochanych albumów na jesień, acz jest trochę wyjątkowa, dlatego też nie będzie to klasyczna recenzja, a bardziej krótka moja historyjka z tą płytą związana. Dave Douglas jest muzykiem bardzo kreatywnym i pracowitym, mamy bardzo wiele jego projektów w najróżniejszych zestawieniach. "Moving Portrait" to nagranie w klasycznym kwartecie, z Billem Carrothersem na fortepianie, Jamesem Genusem na kontrabasie i Billym Hartem na bębnach, pochodzące z samego końca 1997r. i poświęcone twórczości Joni Mitchell. Znajdują się na niej ledwie trzy piosenki Joni, ale reszta tematów, jeśli wierzyć artyście, została zainspirowana właśnie jej twórczością. Płyta wydana przez japoński DIW jest trudnodostępna, nowe CD (brak winyla) kosztuje ponad 50 dolców i można je kupić jedynie u Japończyków. Dlatego też, trudno mi uczciwie polecać ją przypadkowemu odbiorcy - rozumiem, że niewielu z Was zdecyduje się na taki krok w oparciu jedynie o moją pisaninę. Ale może, a nuż, ktoś z Was gdzieś natrafi na jakąś ładną używkę, albo będzie akurat w Japonii, albo ktoś gdzieś mu ją pożyczy. Jeśli taka nadarzy się Wam okazja, korzystajcie z niej. Jest to jedna z moich ukochanych płyt wszech czasów.

Dostałem ją na osiemnaste urodziny. Miałem najcudowniejszą na świecie mamę, która wiedziała, że uwielbiam Dave'a i każde jego nowe nagranie kupuję zaraz po otwarciu sklepu i przesłuchuję do nocy z wypiekami na twarzy, czekając jednocześnie dnia aż znów przyjedzie do Polski. I moja kochana mama poszła do Colosseum, legendarnego miejsca w Gdyni - sklepu, jakich dziś już nie ma w naszym kraju - i w oparciu o mój, doskonale znany sprzedawcy gust, wytypowali ją z katalogu jako tę, której na pewno nie mam, i mama postanowiła mi ją kupić w ciemno - wydaną w Japonii, niedostępną od ręki, płytę amerykańskiego awangardowego trębacza. Ściągał ją dla niej  z DIW'u pan Jaroslaw Tylicki - to były trochę inne czasy, nie dało się kupić wszystkiego kliknięciem z domu. Jak dziś o tym myślę, to dzięki temu pośrednictwu pana Jarka i jego niesamowitego pracownika, poznałem całą masę muzyki, ale też i potężną partię historii jazzu i okolic. Hail to the Colosseum! :)

Urodziny mam w czerwcu. Zdążyłem ją solidnie poznać w domowym zaciszu przez początek wakacji, potem towarzyszyła mi w wyjeździe do pracy w Norwegii. Była cudowna. Zupełnie inaczej brzmiała, niż cała reszta płyt, które miałem. Była o wiele ciemniejsza w mixie. O wiele bardziej selektywna - słuchało jej się, jakby muzycy stali w czterech kątach pokoju, choć przecież głośniki stały tylko w dwóch - ale doły basu, choć cudownie głębokie, nie zagłuszały pogłosem lewej ręki pianisty, ani nie skracały piasku w talerzach, a trąbka została nagrana i zmiksowana tak, jak powinna w takim kwartecie - praktycznie zerowy pogłos, jej ciepły i ciemny ton wił się między harmonią jak zadowolony kocur w dobrze sobie znanym środowisku - stąpając pewnie i mocno, ale nienaruszając niczego wokół siebie, niczego nie przykrywając, niczego nie zagłuszając. Z czasem przekonałem się, że takie brzmienie mixu, to cecha współna praktycznie całej muzyki wydawanej w Japonii, którą miałem szczęście poznać. Oni tam słyszą lepiej od nas, przygluchych europejczyków, i jeszcze bardziej przygłuchych od nas amerykanów, i po prostu nie podkreślają częstotliwości powyżej pewnego zakresu, ponieważ dla zdrowego słuchu te częstotliwości są zwyczajnie nieprzyjemne. 

Och jak ja się tą płytą cieszyłem. Zachwycałem się cudowną grą sekcji, która z nieprawdopodobną płynnością potrafiła przechodzić z powolnych, kołyszących rytmów, w radykalne bezkompromisowe drajwy up-tempo. Douglas grał tematy, ale jak to on ma w zwyczaju, bardzo często je reharmonizował, ozdabiał, przeciągał, nieustannie coś do nich dopowiadając tak, że ta jego trąbka była jak wrzeciono - tkała przebogate faktury wielowątkowej muzycznej opowieści o wyjątkowej artystce z Kanady. Był w tym bardzo podobny do samej Joni.

Wakacje minęły, przyszedł wrzesień, a po nim jesień i dopiero wtedy w tej płycie się po prostu zakochałem. Związałem emocjonalnie. Barwy tej muzyki i sposób prowadzenia przez artystów jej muzycznej narracji dopiero w połączeniu z porą roku ukazały swoje prawdziwe piękno. Okazały się magnetyczne. Nie mogłem przestać jej słuchać. Zasypiałem przy niej, budziłem się i idąc na-w-pół śpiący do szkoły cały czas ją "odsłuchiwałem" w głowie - z miejsca, w którym mieszkaliśmy z mamą, do mojej kochanej gdyńskiej "Trójki" miałem 10min pieszo, jak się bardzo nie spieszyłem, to może z dwanaście - tak, czy tak, wciąż za blisko, by warto było użerać się ze zbyt wrażliwym na turbuencje discmanem.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura