10 obserwujących
88 notek
44k odsłony
434 odsłony

Płyty na Polską Jesień - "Acoustic" Soyka - Najlepsza polska płyta?

Soyka Acoustic - M. Matiaszuk
Soyka Acoustic - M. Matiaszuk
Wykop Skomentuj1

Pytanie to, w tytule postawione tak śmiało,

Choćby z największym trudem, rozwiązać by należało.


Och K.I.G.'u, mój kochany K.I.G.'u, bez Ciebie w lesie byśmy byli i na drzewach siedzieli. 


Wiem jedno: jest to z pewnością moja ulubiona polska płyta.

Nagrana w Teatrze Stu w 1990r., wydana w tym samym roku przez Pomaton. Była to tak naprawdę pierwsza polska autorska płyta Stanisława Sojki, nagrana od A do Z, zrealizowana i wyprodukowana jako normalny album komercyjny. W produkcji Sojce pomagał Dieter Meier, milioner-przemysłowiec ze Szwajcarii, świetny golfista, zawodowy hazardzista, a przede wszystkim, wokalista legendarnej elektropopowej formacji Yello. Nagrania do "Acoustic" były też tak naprawdę początkiem współpracy Sojki z Januszem Janiną Iwańskim. Na płycie ponadto możemy słuchać gry Mateusza Pospieszalskiego, który odpowiadał ze sekcję dęciaków (z Antonim Ziutem Gralakiem na trąbce!), naszego najlepszego wibrafonisty Bernarda Maseliego, Jerzego Piotrowskiego na bębnach i mistrza, wspaniałego i genialnego kontrabasisty Witolda Reka. Ponadto pojawiają się w zadaniowej roli Jacek Wąsowski na dobro, Jan Pilch i Radek Nowakowski na, bardzo ważnych na tej płycie, perkusonaliach, a w utworze "Hard to Part" za aranżację smyczków odpowiadał Jan Kanty Pawluśkiewicz. Genialny skład, który nagrał wspaniałą płytę.

Choć współprodukowana przez Szwajcara, nagrana przez muzyków, którzy sporo czasu zawodowo (niektórzy całe życie) spędzili za Odrą, a większość utworów Sojka (od tej płyty w zasadzie: Soyka) śpiewa po angielsku, to jest to bardzo polska płyta. Jest skrajnie polska. Niestety dla "recenzenta", jej polskość objawia się w tych ulotnych, bardzo trudno definiowalnych elementach, takich jak nastrój, klimat, atmosfera... duch, dzieła. Muzyka na "Acoustic" jest tak samo polska, jak polska jest muzyka Chopina pisana w Paryżu i na Majorce. Jest w niej przestrzeń, jest zaduma, jest przede wszystkim tęsknota, a kiedy pojawia się niepokój, to bywa jednocześnie gęsty i momentami przytłaczający, jak silny mokry wiatr targający naszymi brzozami, wierzbami i głowami w listopadową zawieruchę. Może być też to, w czym jesteśmy ekspertami: melancholia... 

Melancholią płyta się w zasadzie zaczyna, bo otwierająca kompozycja Krzysztofa Komedy "One Hundred Years" jest jej muzycznym wcieleniem. Nie wiem, mam nadzieję, że nie urażę komedologów, ale moim zdaniem jest to miniatura muzyczna bardziej niż pieśń. Cudowna miniatura muzyczna. Przepiękna. Prosta, cudownie zagrana, urzekająca w każdym dźwięku oszczędnie używanego fortepianu, w której każda wyśpiewana fraza zapowiada klimat całej płyty. Jest eteryczna, zawieszona, rozciągnięta jak poranna mgła nad śpiącą doliną. Kocham całą tę płytę, ale jakby mi ktoś ją próbował zabierać, to resztkami pazurów wyszarpię choćby jej zewnętrzny krąg z "One Hundred Years", który kocham bez reszty, na zabój.

Byłem dziesięcioletnim dzieciakiem, kiedy poznawałem tę muzykę. Moi rodzice i kilka lat starsza siostra, z polskiej muzyki, Staszka Sojkę cenili i lubili najbardziej. "Acoustic" grał przez lata w samochodzie jako jedna z dyżurnych płyt. Pamiętam sceny, kiedy oni szli na jakieś zakupy,  a ja zostawałem w samochodzie i od razu przełaziłem między fotelami do przodu i szukałem w schowku tej kasety, niezależnie od tego, że miałem ją już przegraną w domu, że słuchałem jej być może przed wyjściem w swoim pokoju. Szukałem jej z wypiekami na twarzy, włączałem, podkręcałem potencjometr samochodowego radiomangetofonu i wpatrując się w różnorodną jesienną rzeczywistość za oknem, zasłuchiwałem się w tych dźwiękach. Nie wiedziałem jeszcze praktycznie nic o życiu i jego kolorach i szarościach, ale chłonąłem tę muzykę całym sobą. Nasiąkałem nią. 

Szybsze "I Never Felt This Before" i "Take It Home" sprawiały, że tupałem nóżką i chciałem zostać gitarzystą. Nie znałem jeszcze słowa "groove", ale słuchając tych piosenek doskonale poznałem, na czym polega jego istota, czułem, że rytm jakoś tak inaczej sunie, że gitara z bębnami nadaje jakiś taki puls, jak serducho. Dziś mogę dodać - "żrący groove", na jakim zasadzają się te numery, sprawia, że wciąż tupię nóżką i kręcę głową, choć słucham tego częściej, niż jakiejkolwiek innej płyty. W "Take It Home" po raz pierwszy odkrywa sie przed nami geniusz Witolda Reka. Geniusz tego kontrabasisty w tych numerach objawia się tym, że niby nie gra nic wielkiego, ot głównie podstawy harmoniczne, ale gra je na takim feelingu, tak osadzone, że nie sposób tego nie kochać. Może to już wtedy została we mnie zasiana miłość do najniższych dźwięków, do wylewania tej podwaliny całego numeru, do sadzenia dźwięków, które nie wszyscy muszą wysłyszeć, ale które wszyscy odczują? Na pewno na samym początku, jako dziesięciolatek, jeszcze nie potrafiłem wyseparować sobie toru basu w nagraniu, to nastąpiło chwilę później, ale z pewnością go podświadomie odczuwałem.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura