Zdzichu opuścił szpital w tym samym dniu co l ja. Ściśnięty specjalnym pasem. Który kupił za własne pieniądze. Przewieziono mnie do Domu Kombatanta. W pobliżu mojego miejsca zamieszkania. Nie na chybił trafił. Często tu słyszę słowa jaki to ja jestem młodziutki chłopczyk. No, relatywnie jestem. Bo mimo tego, że skończyłem pięćdziesiątkę i tak jestem tu młody. W porównaniu do wieku innych mieszkańców. W porównaniu też do innych wcale nie czuję się już taki chory. Bo inni są jeszcze bardziej. Pamięć bywa również zawodna. Jedna Pani niosła sobie kawę w filiżance. Na chwilę ją położyła na moim stoliku. Aby trochę odpocząć. Potem spojrzała na tą filiżankę i stwierdziła, że ma taką samą.
Wczoraj usłyszałem taką rozmowę na swój temat:
- Patrz Pan. Kombatanci przeżyli wojnę i tylu ich nie jeździ na wózkach co tych nowych.
Racja.
Jak znalazłem się w tym Domu Kombatanta? Jedno jest pewne - nie było w tym żadnej mojej zasługi. Nie piszę kto mi pomógł, bo może sobie tego nie życzy. Ale bardzo za to dziękuję. Pobyt tutaj kosztuje chyba kilka tysięcy złotych. Oprócz pieniędzy trzeba mieć cierpliwość. Bo nieraz trzeba czekać i kilka lat aż się zwolni miejsce. Ja płacę niewiele, mieszkam w jednoosobowym pokoju z balkonem, mam całodobową opiekę. I rehabilitację. Fryzjer też jest na miejscu. Za darmo. Wiem, bo korzystałem. Lekarz jest na miejscu. Okulista i dentysta podobno też. Widziałem też sklep, bibliotekę i komputery. Aha! Internet bezprzewodowy też jest. Ktoś mi powiedział: "znowu, stary, spadłeś na cztery łapy". I się mnie spytał:
- Długo tu będziesz?
Może i niedługo. Zapewne tylko do końca życia.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)