Pani Zosia jest starszą panią i przychodzi na zabiegi znajdujące się w sali obok mojej, gdzie mam rehabilitację. Czasami jej się zdarza przyjść nieco wcześniej. Więc siada na krześle przy drzwiach i rozmawiamy:
- Jestem w tym domu już 30 lat i zamiast poprawy to nawet jakby mi się pogorszyło.
Akurat mnie to nie zdziwiło. Bo już niestetyc tak jest,że wraz z upływem wieku kondycja człowieka się pogarsza.
I kontynuuje spokojnym głosem:
-Mój mąż był niepełnosprawny od urodzenia. Porażenie mózgowe. Ależyliśmy zgodnie, bez kłótni. A mąż poza tym nigdy nie chorował. A jaką miał piękną śmierć! Wszyscy mu zazdrościli. Nic się nie męczył. Usnął wieczorem i już się nie obudził. A trochę wcześniej mi powiedział:
- Jak ty sobie Zosiu dasz sama radę, beze mnie?
I odszedł.
- Mam piękną córkę. Ale niestety poszła po ojcu. Też jest niepełnosprawna. Od dziecka. Dzieli nas odległość kilkuset kilometrów. Dla mnie i dla córki nie do pokonania. Ostatni raz widzieliśmy się parę lat temu. I chyba już więcej się nie zobaczymy. No, bo jak? A tak bardzo ją kocham. Wie, Pan, jak byłam młodsza bardzo lubiłam tańczyć. Iśpiewać. Występowałam nawet w telewizji. Wie Pan?
Pani Zosia poprawiła jakieś szpargały na wózku, z którym nigdy się nie rozstaje. Rupiecia, które mają znaczenie tylko dla niej. I podreptała dalej wlokąc, z sobą całe swojeżycie. Póki jeszcze są siły.


Komentarze
Pokaż komentarze