Przypomina mi kolegę. Okulary, broda, nawet koszula jest tak jakby znajoma. Jeździ wózkiem akumulatorowym. Elita. Jest pogodny, opowiada z uśmiechem:
„Pracowałem za granicą. Oczywiście na czarno. Bez ubezpieczenia, lecz wkrótce miało się to zmienić. Ale parę dni przed tym faktem uległem wypadkowi. Spadłem razem z drabiną na raczej twarde podłoże. I straciłem przytomność. Pracodawca się zmartwił, lub, co bardziej prawdopodobne, wystraszył. Postanowił zasymulować wypadek drogowy. Wywiózł mnie na pobocze jakiejś drogi i tam pozostawił. Że niby zostałem potrącony przez auto. Aby bardziej to uprawdopodobnić połamał mi kości kijem. I przejechał po mnie wózkiem akumulatorowym. Parę razy. Aby mieć pewność. Ale mnie znaleziono i odratowano. Przez dwa miesiące byłem nieprzytomny. A gdy już tą przytomność odzyskałem to i tak nic nie pamiętałem. Wiele rzeczy musiała mi przypominać żona”.
Spytałem się czy go jeszcze odwiedza? Zmarła parę miesięcy po jego wypadku. Jak to mówią nieszczęścia chodzą stadami.
Obrażenia okazały się na tyle poważne, że niewiele można było już zrobić. Został kaleką. I mamy następne życie zamknięte w krótkiej historii. A ile takich historii istnieje? Czasami lepiej nawet o nich nie wiedzieć. Dzięki temu na pewno będzie się nam żyło spokojniej. Ale one niestety nie znikną.


Komentarze
Pokaż komentarze