Podczas rehabilitacji poznałem Pana Wiktora. Przez te parę miesięcy, odkąd pamiętam, przychodzi systematycznie. Nigdy się nie spóźniał ani nie opuszczał zajęć. Wiek Pana Wiktora oceniałem na około siedemdziesiąt lat. Była to tylko moja ocena. Subiektywna. Ale po niedługim czasie uważałem ją za pewnik. Nawet się czasem zastanawiałem w jak jest dobrej kondycji: wysoki, bez okularów, wyprostowany. Może jakiś wojskowy. Mi często mówiono, abym się nie garbił Nawet gdy byłem młody i zdrowy.
Minęło parę miesięcy. O czymś rozmawiałem z Panem Wiktorem. Zapytałem się go kiedy ta sytuacja się wydarzyła. Niedawno. Zaraz po wojnie. Czyli nie tak znowu niedawno. Ze śmiechem się go spytałem czy ma sto lat? Prawie. Spytałem rehabilitantki. Potwierdziła.
Do tej pory sędziwy wiek kojarzył mi się z niedołężnością, a życzenia stu lat uważałem, że powinny być groźbą karalną. Pan Wiktor dostarczył mi powodów do
rozmyślania na długo. Dopóki nie spotkałem na zajęciach Pani, która była jeszcze o kilka lat starsza. I też w dobrej kondycji. Oczyma wyobraźni widziałem już swoje notki traktujące o bitwie pod Grunwalddem czy o Chrzcie Polski. Z ust naocznych świadków.
Gdy czasami widzę siedemdziesięciolatków to się zastanawiam co tak młodzi ludzie tutaj robią? Dopóki nie pomyślę o sobie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)