Wszystkim się zdawało, że 21 grudnia pierdut i skończy się świat. Nic z tych rzeczy, 21 grudnia to pierwszy dzień nowego cyklu liczącego sobie kolejnych 13 baktunów po 400 lat, co daje razem nowych 5200 lat a będącego wg. majańskiej mitologii cyklem zagłady. Poprzedni cykl, który skończył się 20 grudnia był cyklem stworzenia i nastąpił po poprzednim cyklu zagłady. I też nie nastąpiła ona jednego dnia a była rozciągnięta w czasie. Co zatem grozi nam w ciągu najbliższych 5200 lat...? Pewnych informacji nie ma, ale są niej lub bardziej niepokojące wskazówki. Pierwsza to tzw. cykle Milankovicia odpowiedzialne najprawdopodobniej za zlodowacenia. Nie wdając się w szczegóły zbieg pewnych parametrów orbity i osi ziemskiej powoduje naprzemiennie okresy chłodniejsze i cieplejsze. My żyjemy u schyłku interglacjału, czyli okresu pomiędzy zlodowaceniami i epoka lodowcowa zbliża się nieuchronnie opóźniana nieco przez globalne ocieplenie. Analizując historię życia na Ziemi, wszelkie zagłady powodowane były zbiegiem skutków procesów naturalnych przyrody i niedających się przewidzieć katastrofalnych wydarzeń pochodzących bądź z wnętrza Ziemi, bądź spoza niej. Jednym z takich wydarzeń była zagłada dinozaurów spowodowana upadkiem asteroidy 65 milionów lat temu. Co ciekawe, niezależnie od przyczyn pierwotnych prawie zawsze bezpośrednim czynnikiem zagłady były katastrofalne zmiany klimatu na Ziemi. Co zatem zainspirowało Majów ok 5000 lat temu do stworzenia kalendarza, który za podstawę przyjął naprzemiennie występujące okresy stworzenia i zagłady liczące sobie po 5200 lat każdy. Sama rachuba wynikła zapewne z niezwykle precyzyjnych obserwacji astronomicznych, jednak za początek rachuby musieli przyjąć jakieś katastrofalne zdarzenie sprzed 5200 lat. Jakie...? I tu się zaczyna nasze dochodzenie. Pewien naukowiec badający topniejące lodowce tybetańskie odkrył zamrożone w lodowcu trawy sprzed 5200 lat, co sugerowałoby nagłą zmianę klimatu na tym terenie i w tym właśnie czasie. Aby ustalić przyczynę zaczęto wiązać ze sobą różne fakty archeologiczne z tekstami źródłowymi a nawet podaniami i legendami. Proszę się nie śmiać albowiem w każdej legendzie, podaniu, czy bajce jest ziarenko prawdy. Ustalenie tej prawdy bywa trudne, ale nie niemożliwe - tak Heinrich Schliemann odkrył Troję analizując teksty poetyckie Homera o wojnie trojańskiej. Tak było i tym razem - dwaj naukowcy zafascynowani biblijnym potopem postanowili sprawdzić, czy ów miał miejsce w dziejach Ziemi, czy tekst Biblii jest wierutnym kłamstwem. Biblia jak się okazało nie jest jedynym źródłem informacji o potopie, zawiera go także stary sumeryjski Epos o Gilgameszu znacznie starszy od Biblii. Dwaj archeolodzy angielscy badając wczesne osadnictwo w rejonie Morza Czarnego odkryli szczątki osad ludzkich i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owe szczątki osad znajdowały się pod wodą i w sporej odległości od linii brzegowej, co wskazywałoby na znacznie niższy poziom wody w czasie, gdy zamieszkiwali je ludzie. Co więcej, w szczątkach organicznych odkryto znaczne ilości muszli żyjątek słodkowodnych, co sugerowało, iż woda pierwotnego Morza Czarnego była słodka jak w przypadku Morza Kaspijskiego. Od razu założono hipotezę wlewu z najbliższego słonowodnego zbiornika, jakim jest Morze Śródziemne, na skutek globalnego ocieplenia i topnienia lodowców po epoce lodowcowej. Jednak globalne ocieplenie i topnienie lodowców po epoce lodowcowej to proces liczony w setkach, jeśli nie tysiącach lat. Stan szczątków ludzkich osad nie wskazywał na tak powolny proces. I wtedy z pomocą przyszła wizja katastrofalnego wlewu Morza Śródziemnego do Morza Czarnego, przez cieśninę Bosfor, która w tym czasie tj. ok 7 tysięcy lat temu nie była cieśniną a grzbietem skalnym, czy rodzajem grobli tworzącej zaporę, która oddzielała podnoszące się wskutek topnienia lodowców wody Morza Śródziemnego od słodkowodnego jeziora-morza Czarnego. Jednak i tego było mało do katastrofy. Musiał być jakiś impuls, po którym grobla bosforska rozpadła się pod naporem wód Morza Śródziemnego. Możliwości są trzy: trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu i upadek asteroidy albo wszystkie trzy wydarzenia w połączeniu. Hipoteza katastrofy potwierdzałaby biblijną opowieść o potopie opartą na sumeryjskich eposach, które wówczas za cały świat uważały właśnie rejon ówczesnego Morza Czarnego. Zatem teoria sformułowana na hipotezie globalnej katastrofy, której skutki mogły dosięgnąć całego świata miałaby podstawy merytoryczne, jednak należało znaleźć ów impuls, który stał się przyczyną całego szeregu katastrofalnych zjawisk, których dokumentowaniem zajęli się właśnie naukowcy. Na pierwszy ogień poszła Atlantyda opisana przez Platona w jego dialogach. Szukano jej na przestrzeni wieków w wielu miejscach Ziemi, jednak ze względów katastroficznych i znanych Platonowi okolic najbardziej prawdopodobną wydaje się lokalizacja na wyspie Santoryn na Morzu Egejskim, zniszczonej przez potężną erupcję wulkaniczną cywilizacji i kultury minojskiej. Dzisiejszy Santoryn to olbrzymia kaldera wulkaniczna, pozostałość po dawnej wyspie Thira i jej głównego miasta-wsi Akrotiri. Ślady erupcji wskazują na jej potęgę znacznie większą niż Krakatau w 1883 roku naszej ery, co mogło wywołać nie tylko trzęsienie ziemi, ale także olbrzymią falę tsunami, która zniszczyła cywilizacje minojską na pobliskiej Krecie a także zapewne dotarła do wybrzeży Egiptu. Trzęsienie ziemi i fala tsunami o wysokości ok 100 m mogłyby zniszczyć grzbiet bosforski i uczynić zeń cieśninę Bosfor oraz spowodować katastrofalny potop w rejonie Morza Czarnego. Problemem jest tylko umiejscowienie czasowe i chronologia. Wciąż jednak brakuje czynnika globalnego, który starożytni Majowie mogliby wziąć za podstawę do swych obliczeń cykli odrodzenia i zagłady... Tym czynnikiem globalnym, który mógłby spowodować katastrofę globalną i którego można by nie zauważyć w pomroce dziejów zapewne mogłaby być asteroida na tyle mała, żeby nie spowodować wymierania i zagłady, lecz na tyle duża, by być przyczyną zauważalnego kataklizmu o zasięgu światowym. I znów z pomocą badaczom przyszło pewne odkrycie, a mianowicie tajemniczy gliniany dysk, znaleziony 150 lat temu w ruinach pałacu królewskiego w Niniwie przez wiktoriańskiego archeologa Austena Henry'ego Layarda. Odcyfrowano ostatnio znaki pokrywające ów dysk - widnieje na nim mapa nieba i znaki pisma klinowego. Po złamaniu kodu okazało się, że znajduje się tam wzmianka o asteroidzie (miała ok. kilometra średnicy), która uderzyła w Ziemię, zabijając prawdopodobnie wielu ludzi. Zdarzenie miało miejsce ponad 5 tys. lat temu. Alan Bond, dyrektor Reaction Engines i Mark Hempsell, wykładowca astronautyki z Uniwersytetu w Bristolu, wykorzystali program komputerowy, który pomógł im odtworzyć wygląd nieba sprzed tysięcy lat. Są oni przekonani, że kopia, sporządzona przez asyryjskiego pisarza ok. 700 roku p.n.e. powstała na podstawie notatnika sumeryjskiego astronoma. Utrwalił on wydarzenia, które rozgrywały się na firmamencie 29 czerwca 3123 roku p.n.e., m.in. trajektorię lotu obiektu, który przecinał gwiazdozbiór Ryb. Geologów od dawna zastanawiało ukształtowanie terenu w pobliżu miejscowości Köfels w austriackich Alpach. Nie potrafili jednak udowodnić, że spadła tam asteroida. Ze zgodnością do jednego stopnia zanotowana przez starożytnego astronoma trajektoria pokrywa się z miejscem uderzenia w Köfels. Dlaczego zatem geolodzy mieli problem z ustaleniem, co ukształtowało alpejski krajobraz? Brak było wyraźnego krateru po uderzeniu asteroidy, dlatego z czasem naukowcy musieli przystać na wersję wydarzeń powołującą się na osunięcie ziemi. W swojej książce pt. „Sumeryjska obserwacja wydarzeń w Köfels” autorzy udowadniają, że nie ma krateru, bo asteroida ścięła górę i zmieniła się w kulę ognia. Więcej osób zginęło od dymu niż w wyniku fali uderzeniowej. Skrajne zmiany skał i innych substancji pod wpływem gorąca odpowiadają za błędy w datowaniu wydarzenia. Pierwotnie geolodzy wyliczyli, że miało ono miejsce 8 tys. lat temu, a w rzeczywistości nastąpiło to jakieś 3 tys. lat później. Nie koniec szokujących odkryć na tym. Wiadomo, że Sahara była ponad 5 tys. lat temu zielona i wilgotna oraz zamieszkana przez zwierzęta i ludzi. Co spowodowało, że stała się martwą pustynią...? Zapewne katastrofalna zmiana klimatu, ale nie tylko. Odkryto właśnie na Saharze ślady olbrzymiej eksplozji sprzed tysięcy lat w postaci tzw. kwarcu szokowego. Przypuszcza się, że to właśnie ta eksplozja mogła spowodować globalną katastrofę zapamiętaną przez ludzi i występującą w legendach i podaniach. Spekulowano, że to asteroida odpowiedzialna za ścięcie góry w Köfels odbiwszy się od Alp przeleciała nad Morzem Śródziemnym i ostatecznie eksplodowała nad Saharą, wówczas krainą wody i zieleni zamieniając wszystko w ogień i popiół. Próbkę podobnego zjawiska, ale o znacznie mniejszej skali mieliśmy w 1908 roku nad syberyjską rzeką Kamienna Tunguska, kiedy to obiekt wielkości autobusu wpadł do atmosfery ziemskiej i eksplodował w niej nie osiągnąwszy powierzchni. Tam też krateru nie było, natomiast było wiele hektarów lasu powalonych jak zapałki drzew. Również niedawny Czelabińsk w Rosji można zaliczyć do tego typu zjawisk, choć w znacznie mniejszej skali. Asteroida z Köfels była tysiąc razy większa... Kolizja z Köfels a w chwilę później Sahary mogła zdestabilizować napierające na siebie tektoniczne płyty - afrykańską i euroazjatycką, co mogło z kolei przyczynić się do wzmożonej aktywności sejsmicznej zarówno w basenie Morza Śródziemnego oraz aktywności wulkanicznej na całym świecie, co zapewne mogło stać się przyczyną globalnej, katastrofalnej zmiany klimatu. Pojawiły się również tezy, że 10 biblijnych plag egipskich mogło mieć miejsce za sprawą tej właśnie katastrofy. Oczywiście nie w jednym czasie jak sugeruje Biblia. Sądzi się, że plagi miały miejsce rzeczywiście, lecz na przestrzeni ok. 500 lat a tylko zabiegi literackie dla dodania dramaturgii zebrały je w jeden czas przypisywany ówcześnie panującemu w Egipcie Ramzesowi II. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż zabiegi takie stosowane są również dziś - historia Czterech Pancernych i Psa sklejona została przez Janusza Przymanowskiego z przeżyć i dokonań wszystkich załóg I Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte na przyczółku Warecko-Magnuszewskim w 1944 roku. Podobne zabiegi mogły mieć miejsce tysiące lat temu, kiedy formułowano i przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie legendy i podania o katastrofie i zagładzie - być może do jednego worka wrzucono wszystkie nieschronologizowane fakty i wydarzenia z przeszłości dalszych i bliższych dziejów Ziemi... Kto wie, może i Majowie czerpali informacje z tych samych źródeł, które i my znamy a ilu faktów i wydarzeń nie znamy...? Wyobraźmy sobie hipotetyczna katastrofę - oto kilometrowej średnicy kometa z prędkością hiperboliczną wpada do Pacyfiku w rejonie Marianów tj. tam, gdzie głębokość przekracza 6 km. Nie będzie krateru, ale będzie wielki słup wody i pary, będzie olbrzymia fala tsunami o wysokości ok 1000 m, która z pewnością przeleje się nad wąskim pasem lądu łączącym obie Ameryki, woda pacyficzna przeleje się do Atlantyku powodując kolejna falę tsunami tym razem na Atlantyku - pamiętamy tsunami po trzęsieniu ziemi na Sumatrze w 2004 roku - zginęło wtedy 240 tys. ludzi. Tu rozmiar katastrofy byłby tysiąc razy większy i objąłby cały znany nam świat. Ile ludzi by zginęło...? A Yellowstone - olbrzymi budzący się do życia superwulkan. Badania wskazują na cykliczność wybuchów tego superwulkanu co mniej więcej 640 tys. lat. Od ostatniego wybuchu minęło już 700 tys. lat, wulkan już się spóźnia z wybuchem... Jakie zatem niespodzianki szykuje nam Przyroda...? Jedno jest pewne - epoka lodowcowa nastąpi, Yellowstone wybuchnie a kometa, czy asteroida uderzy w Ziemię - nie znamy tylko dokładnej daty. Może o tym samym myśleli Majowie, kiedy sporządzali swój kalendarz...
495
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (49)