Wczoraj po raz kolejny Bronisław Komorowski powołał się na swoją liczną progeniturę odpowiadając na pytanie o politykę prorodzinną. Nie było to pierwszy raz, kiedy marszałek chwali się publicznie licznym potomstwem w kontrze wobec bezdzietnego Jarosława Kaczyńskiego. Jako zatwardziały singiel przyjmuję to z coraz większym znużeniem i rosnącym zażenowaniem. I nie tylko dlatego, że jest to nieeleganckie i prostackie, ale także bardzo nienowoczesne i po prostu obciachowe. Tak, jakby posiadanie dzieci czyniło z człowieka specjalistę w jakiejś dziedzinie i pretendowało do zajmowania najwyższych stanowisk. Jeśli tak, to proponuję na głowę państwa pana Zdzicha z mojego rodzinnego Raciborza – w lokalnej gazecie można przeczytać, że ma już tyle dzieci, że nie jest w stanie spamiętać ich imion.
Żarty jednak na bok – bowiem zastosowana przez Komorowskiego technika argumentacji jest kuriozalna i populistyczna. Bo jeśli uznać jego sposób rozumowania, to na ministra transportu powinniśmy wybrać Misztala, byłego posła Samoobrony – miał wszak wiele aut, łącznie z Hammerem i Maybachem! A na szefa MSWiA właściciela klubu go-go: ten to musi mieć kupę kajdanek! No a na ministra spraw zagranicznych? Odpowiedź jest chyba jasna – Tony’ego Halika (gdyby jeszcze żył, oczywiście)!
Durne? Bo pewnie, że durne!


Komentarze
Pokaż komentarze (89)