Kazimierz Demokrata-Polski Kazimierz Demokrata-Polski
376
BLOG

wejscie do eu korzystne 1 pln=6 eu

Kazimierz Demokrata-Polski Kazimierz Demokrata-Polski Gospodarka Obserwuj notkę 1

dane onet.pl

Ile wart jest złoty?wczoraj, 09:17 
  EUR/PLN 4,5574 PLN -0,09% »
USD/PLN 3,4976 PLN -0,08% »


Nasza waluta jest jedną z najbardziej niedowartościowanych na świecie, co przekłada się na wyższe raty kredytów walutowych, drożejące paliwo i zagraniczne podróże. I to się raczej nie zmieni.

Gdyby rynkiem walutowym rządzili eksperci, złoty byłby jedną z najsilniejszych walut świata. Ci z Międzynarodowego Funduszu Walutowego uważają, że fundamenty polskiej gospodarki uzasadniają kurs euro na poziomie 3,70--3,80 zł (aktualnie ok. 4,50 zł), a dolara poniżej 2,80 zł (jest prawie 3,40 zł). Jeszcze bardziej bezkompromisowi są analitycy amerykańskiej firmy inwestycyjnej BlackRock, zarządzającej na świecie ponad 3 bilionami dolarów. Ich zdaniem niedowartościowanie złotego, czyli stopień zaniżenia rynkowego kursu wobec kursu bazującego na sile nabywczej walut, przekracza 30 proc. Ekonomiści Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) szacują je wręcz na 50 proc. wobec dolara. W chórze tych, według których złoty zasługuje na znacznie więcej, niż wycenia go rozspekulowany rynek, są też krajowi ekonomiści, z członkami Rady Polityki Pieniężnej na czele.

Co tam zresztą eksperci. Niedowartościowanie złotego widać też jak na dłoni w indeksie Big Maca, wyliczanym od ćwierć wieku przez brytyjski tygodnik „The Economist”. Porównuje on cenę tego podwójnego hamburgera w USA i kilkudziesięciu innych krajach. Wszędzie robiony jest tak samo, z identycznych składników. Dlatego na tej podstawie można określić przewartościowanie bądź niedowartościowanie krajowych walut względem dolara. Przy średniej cenie Big Maca nad Wisłą około 8,60 zł (wobec 4,07 dol. w USA) kurs złotego w końcu lipca uznano za zaniżony do dolara o prawie jedną czwartą. A ostatnio jego niedoszacowanie wzrosło do 36 proc. i zbliża się już pod tym względem do chińskiego juana czy indyjskiej rupii. Rynek walutowy najwyraźniej oszalał.


Problem w tym, że dokonujący na nim transakcji inwestorzy mają w głębokim poważaniu zarówno wyceny ekspertów, jak i indeks Big Maca. I od początku jesieni urządzili złotemu hekatombę, traktując go niczym kozła ofiarnego kryzysu w eurolandzie.

Fatum powraca

Jeszcze u schyłku wakacji wierzyliśmy, że drastyczna zapaść złotego sprzed trzech lat była tylko splotem fatalnych okoliczności. A mianowicie szoku na rynkach finansowych po upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers, panicznej ucieczki inwestorów z takich jak nasz rozwijających się rynków oraz gry spekulantów przeciw najsolidniejszej walucie Europy Środkowo-Wschodniej. Przez kolejne dwa lata złoty odrobił jednak większość strat do głównych walut i spokojnie zakotwiczył na poziomie 4 zł za euro, 3 zł za franka szwajcarskiego oraz nieco mniej za dolara. Gracze na rynku walutowym, foreksie, ziewali z nudów. Ale producenci, handlowcy i konsumenci oddychali z ulgą po prawie pięciu latach walutowego rollercoastera. Szarpiącego nerwy i burzącego plany zakupów, kalkulacji cen, spłat kredytów mieszkaniowych czy podróży zagranicznych.

Fatum jednak powróciło. W krótkim czasie euro, dolar, frank i funt znów odpłynęły złotemu o dobre kilkanaście procent. Nic dziwnego, że eksperci, którzy jeszcze kilka miesięcy temu zaklinali się, że naszej walucie nic nie grozi, przy kursie 4,50 zł za euro nabrali wody w usta.Ożywili się natomiast walutowi czarnowidze. Analitycy banku Goldman Sachs, który w apogeum kryzysu sprzed trzech lat roztaczał przed naszym regionem Europy apokaliptyczne wizje i grał ostro na przecenę złotego, teraz znowu wieszczą 4,80 zł za euro w perspektywie trzech miesięcy. Z kolei ekonomiści banku ING ostatnio postraszyli utratą przez złotego połowy wartości w razie rozpadu strefy euro.

Indeks Big Maca - kliknij aby powiększyć

Taki scenariusz, z kursem dolara czy franka w granicach 5 zł, byłby prawdziwym dramatem dla milionów polskich rodzin. Takich jak Ania i Krzysztof Zarzeccy, 30-latkowie z Wrocławia, których już w sierpniu, gdy „szwajcar” dobił na moment do 4 zł, dopadła mocna depresja. I zamiast wyjechać do Grecji, podrzucili dzieci dziadkom, a urlop spędzili w łóżku przed telewizorem. Katowali się myślą, że rata kredytu na kupione przed czterema laty M-4 w dzielnicy Krzyki może wzrosnąć z pierwotnych 2200 zł nawet do 3500 zł, czyli ponad połowy ich łącznych zarobków.

Krzysztof woli też nie myśleć, o ile przy załamaniu złotego do dolara wzrosłyby koszty jego dojazdów do pracy, skoro na benzynę już teraz wydaje ponad 400 zł miesięcznie. A przecież przy dolarze po 5 zł cena paliwa mogłaby skoczyć do 7,5-8 zł za litr. Drastyczny wzrost kosztów transportu przełożyłby się szybko na ogólny wzrost cen, nie tylko importowanych towarów – drenując portfele Polaków i drastycznie ograniczając ich konsumpcję, dotąd główny motor naszej gospodarki.
 

 

interesuje sie polityką, historią, literaturą, turystyką, filmem, fotografiką; kocham demokrację i prawde nieznosze obłudy fałszu i piaru

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Gospodarka