Ciekawy tekst z Foreign Policy z listą największych sukcesów amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu ostatnich 70 lat. Okazuje się, że wiązały się one zawsze z użyciem dyplomacji, a nie z użyciem siły (przy czym fakt posiadania siły niejako w tle zawsze wzmacniał działania dyplomatyczne).
Ja bym dodał do tekstu jedno zdanie - w każdym z wymienionych zdarzeń amerykańscy dyplomaci nie uprawiali sztuki dla sztuki, a mieli jasno postawiony przed sobą cel. Zawsze przy tym uprawiali realpolitik - gdy więc wrogiem był Związek Sowiecki, Sekretarz Stanu Henry Kissinger, a potem już sam prezydent, antykomunista Richard Nixon negocjował z przewodniczącym Mao. Z tego samego (m.in.) powodu USA pomogły Niemcom i Włochom odbudować swoje gospodarki zaraz po wojnie.
Liczył się zawsze wyłącznie interes USA.
Trudno oczywiście robić paralele, bo element "siły niejako w tle" wygląda nieco niestety inaczejw wypadku USA i naszym, ale warto zwrócić uwagę na element twardego realizmu w amerykańskiej polityce. A może jeszcze ważniejszy jest element planowania strategiczego.
A jak jest u nas? Nasza dyplomacja niewątpliwie miała cel, którym było wstąpienie do NATO i UE. Co jest naszym celem dzisiaj? I czemu nawet w polityce zagranicznej nie stać nas już na consensus? Aż tak jesteśmy bezpieczni?
http://walt.foreignpolicy.com/posts/2013/08/21/force_and_diplomacy


Komentarze
Pokaż komentarze (2)