Ludwik Dorn wyrósł na głównego dysydenta IV RP. Nie wierzę w szczerość intencji, w nagłą demokratyzację „żelaznego Ludwika”, co nie oznacza, że przekreślam jego diagnozy na temat kondycji PiS.
Ludwik Dorn podczas wczorajszej rozmowy w TVN24 przedstawił swój pogląd na funkcjonowanie Prawa i Sprawiedliwości. Zgodzę się z tymi, którzy sądzą, że hipokryzja niektórych mediów jest tutaj widoczna jak na dłoni. Przez całe lata bowiem Dorn był dla nich symbolem betonu, ciemnogrodu, nieparlamentarnego słownictwa. Zresztą nie raz już były marszałek sejmu był celem dość energicznych kampanii medialnych. Obiektywnie trzeba przyznać, że niejednokrotnie było to uzasadnione, równie często jednak mocno naciągane ( jak słynna sprawa z niezrozumieniem zabawy słownej zaczerpniętej z Sołżenicyna pod tytułem „wykształciuchy”). Wystarczyła jednak chwila, by z polityka wulgarnego, szorstkiego, radykalnego Dorn stał się liberalnym dysydentem, który walczy o demokrację w największej partii opozycyjnej. Tą chwilą był moment wystąpienia przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Abstrahując od krokodylich łez wylewanych teraz przez niektóre media nad ciężkim losem banity Dorna, warto zauważyć, że w sprawie kondycji swojej partii stawia on diagnozy trafne. Rzecz jasna trudno jest mi uwierzyć, że to styl rządzenia partią czy też kwestie programowe i wizerunkowe o wolcie byłego marszałka zadecydowały. Przez długi czas Ludwik Dorn był podporą partyjnego establishmentu, budował system, który teraz zwalcza. Tak więc to nie samo istnienie tegoż systemu jest w tym przypadku przeszkodą ale to, że sam zainteresowany został odepchnięty od sterów partii, od Jarosława Kaczyńskiego.
Wracając jednak do trafności diagnoz Dorna muszę zaznaczyć, że nie wierzę w szczerość intencji byłego marszałka sejmu. Dzisiejszy pisowski banita owszem prezentuje teraz bardzo świeże, twórcze i otwarte koncepcje, wskazuje na istotną rolę środowisk intelektualnych, które winny wykuwać witalny program dla partii, apeluje o nowoczesne, demokratyczne zarządzanie partią. Co więcej, Dorn staje się politycznym intelektualistą, kreśli programowe perspektywy dla kraju, wypowiada się o ideologii państwowej, o kondycji narodu, jego aksjologicznych i historycznych podwalinach, rozmawia o postpolityce w „Europie”. To nie jest jakiś nowy polityk, nie jest to szerzej nieznany czarny koń polskiej sceny politycznej. Jest to ten sam „żelazny” Ludwik Dorn niedawno utożsamiany z partyjnym betonem, pecetowskim zakonem, z retoryką walki ze służbami, w której nie było miejsca na dywagacje o modernizacji. Idee prezentowane przez byłego marszałka są interesujące, diagnozy trafne, ale moim zdaniem biorące się raczej z politycznego sprytu, który koniunkturalnie podpowiadał, że przez taką właśnie retorykę wiedzie droga powrotna do wielkiej polityki, że właśnie to ludzie, a co ważniejsze elity, chcą dzisiaj usłyszeć.
Nie trzeba być jednak wrogiem Prawa i Sprawiedliwości, nawet zarzucając Dornowi cyniczny koniunkturalizm, kreowanie się na męczennika, a nawet chęć zemsty, trzeba stwierdzić, że jego diagnozy wobec zarządzania Prawem i Sprawiedliwością są niezwykle trafne. Tego rodzaju oceny trafiają do serc wszystkich tych, którym obecny system zarządzania stronnictwem już dawno przestał się podobać. Tęsknią oni do czasów, kiedy to PiS nie był tylko większą wersją LPR, ale partią zrzeszającą ludzi o prawicowych, ale jednak różnych poglądach (takich jak Marek Jurek, Kazimierz Marcinkiewicz czy nawet Kazimierz Ujazdowski). Tęsknią za partią, w której miała miejsce wewnętrzna dyskusja, za partią w której owszem pewnie rządzili Kaczyńscy, ale były to rządy jednak otwarte na głosy frakcji partyjnych, czy też pojedynczych bardziej interesujących jednostek. Dziś dostęp do ucha prezesa mają wyłącznie zaufani obłudnicy, ostro ociosani, betonowi, dla których bycie podnóżkiem wodza jest marzeniem życia. Dostęp do wodza mają ci, którzy za jego plecami dokonują eksterminacji najgroźniejszych przeciwników: a więc polityków nowoczesnych, kreatywnych, twórczych.
We wspominanym wywiadzie dla TVN24 Dorn stwierdził, że Jarosław Kaczyński, paradoksalnie, jest największym sojusznikiem Donalda Tuska. Jestem przekonany, że natychmiast po usłyszeniu tych słów Marek Suski już stał pod pokojem Jarosława pokrzykując: „na pohybel zdrajcom!”. Większości bowiem przedstawicieli otoczenia prezesa PiS nie przychodzi bowiem na myśl, że jest to prawda. Tusk nie mógł bowiem wyobrazić sobie lepszej opozycji, która choć jest tak wielka, sterowana jest przez radykalny elektorat Radia Maryjna, która nie mówi o ideach dla kraju, o programie, a przez to nie stawia się w roli kreatywnej alternatywy dla rządzących. Platforma nie mogła wyobrazić sobie lepszej konkurencji niż PiS, w którym panuje samodzierżawie, w którym car nie jest Piotrem I, ale co najwyżej Iwanem Groźnym. Tylko że dziś Iwanów Groźnych nie potrzeba. Kaczyński jest politykiem starej daty, sam wie wszystko najlepiej, mimo iż politykę postrzega w kategoriach lat dziewięćdziesiątych, internet jest jego wrogiem, wyrusza więc z szablą na czołgi. Nie ma lepszej konkurencji dla PO niż PiS. Partia Tuska owszem traci na swoim wizerunku, zużywa się podczas rządzenia, ale jej poparcie ani drgnie, ponieważ wyborcy widzą, że alternatywą jest betonowy PiS.
Prawo i Sprawiedliwość zniechęciło do siebie sporą część swoich wyborców, zresztą robi to dalej. Ci jednak prawicowi wyborcy nie mają zaufania do Platformy, a innej liczącej się partii na prawicy nie ma. Jarosław Kaczyński w wyborach 2007 wyczyścił sobie prawą flankę. Nie zgodzę się więc z tymi, którzy sądzą, że Prawo i Sprawiedliwość lada chwila upadnie. W najbliższej perspektywie tak się nie stanie, gdyż - tak jak wspomniałem – na prawej stronie nie ma alternatywy dla PiS. Co więcej dysydentów takich jak Dorn będzie nadal niewielu. Ci, którzy myślą tak jak mówi dziś były marszałek, i którzy jednocześnie są jeszcze blisko Jarosława Kaczyńskiego, nie chcą ryzykować. Wiedzą, że stracić mogą wszystko, bo nikomu z banitów nie udało się jeszcze powrócić na utracone miejsce w polityce. Można mówić oczywiście o konkurencji w postaci innych partii prawicowych takich jak Polska XXI, Naprzód Polsko czy jeszcze funkcjonująca LPR. Nie twierdzę, że żadna z tych propozycji nie jest godna zauważenia. Polski system wyborczy sprawia jednak, że od czasów wyborów w 2002 r. żadna nowa formacja sama nie weszła do parlamentu. Sporą zaporą jest tutaj również ustawa o finansowaniu partii politycznych, której autorem jest…Ludwik Dorn.
Bartek Królikowski


Komentarze
Pokaż komentarze (2)