Spektakl "Golgota wrocławska" - wczorajsza Scena Faktu w TVP to obraz bardzo przejmujący. Mogliśmy obejrzeć absurdalność zarzutów stawianych przez komunistyczną służbę bezpieczeństwa połączoną ze znieczulicą, a wręcz wrogością do prób ich ukazania w III RP.
Młody historyk planujący zrobić doktorat o zbrodniach stalinowskich w Polsce natrafia na koperty z ostatnimi listami osób skazanych na śmierć. Listy miały dotrzeć do ich rodzin, ale nigdy się tak nie stało. Na jednym takim liście zbudowana jest opowieść aresztowaniu Henryka Szwejcera, dyrektora Komunalnej Kasy Oszczędności i jego dwóch podwładnych. Jeden z nich kradnie z kasy kilka znaczków, co komunistyczny aparat bezpieczeństwa interpretuje jako spisek antypaństwowy wymierzony w realizację planu 3-letniego i skazuje wszystkich na śmierć.
W filmie mamy dwie dziejące się równolegle historie. Ta dramatyczna, ponura i mroczna z końca lat 40. i o dziwo taka sama z lat 90., kiedy to młody historyk przy wielkim oporze urzędników, głuchych telefonach czy listach z pogróżkami próbuje odkryć i upublicznić prawdę o absurdalnym procesie i zamordowaniu ludzi.
Największą wartością tego filmu jest doskonałe prześwietlenie głównych postaci tamtego procesu. Henryk Szwejcer człowiek z przedwojennymi zasadami, oficer śledczy Feliks Rosenbaum, inteligent, który w sadyzmie i okrucieństwie odreagowuje utratę w wojnie żony i córki i bohater zbiorowy czyli grupa niskich stopniem młodych pracowników UB z underclass, którzy strzelanie w tył głowy postrzegają jako możliwość awansu i dorobienia się.
W końcu historyk to osoba, którą dziś przeciwnicy rozliczeń z przeszłością nazwaliby „inkwizytorem z IPN". Bardzo zdeterminowany by ukazać lata komunistycznego terroru w prawdziwym świetle.
Jak się okazuje aresztowanie, bicie, siadanie na nogę krzesła, wsadzanie palców do oka, wyrywanie paznokci obcęgami i w końcu zamordowanie trzech osób w świetle prawa i majestacie państwa za kradzież kilku znaczków to historia zbyt mało wymowna dla publicystów „Trybuny".
Jeszcze przed pokazaniem go w TVP orzekli, że to obraz „zideologizowania kultury, jej upolitycznienia, absurdalnego podporządkowania środowiska artystycznego władzy, propagandowa i polityczna papki".
Doprawdy nie wiem co tu ideologizować. Film powstał na faktach zarówno tych z okresu stalinowskiego jak i z okresu „wolnej Polski" po 1989 r. Wszystkie postacie z lat 40. istniały i doświadczyły przedstawionej niesprawiedliwości naprawdę. Natomiast historyk to szef wrocławskiego Biura Edukacji Publicznej IPN dr Krzysztof Szwagrzyk, który napisał scenariusz do spektaklu.
Tylko ten jeden fakt, kazał publicystom Trybuny zasiąść w poniedziałkowy wieczór jak sami napisali „z dużym kubkiem popcornu, butelką coca-coli i pudełkiem chusteczek. Te ostatnie do wycierania łez. Ze śmiechu...."
No bo przecież nie do płaczu były potrzebne chusteczki byłej spadkobierczyni organu prasowego PZPR i SdRP.
Gratuluję poczucia smaku! Jeśli w Polsce na scenie politycznej istnieje jak to kiedyś napisał Wojciech Wasiutyński „stupid right" to zapewne „stupid left" ma się jeszcze lepiej. Jedzenie popcornu przy wyrywaniu paznokci jest tak samo podniecającym zajęciem jak wykopywanie Geremka z Powązek.
Ireneusz Fryszkowski


Komentarze
Pokaż komentarze (11)