Myśl Polską czytam od lat, a jej środowisko lubię i cenię za otwartość i brak zacietrzewienia, ale przede wszystkim za przechowany z czasów wojny i emigracji depozyt ruchu narodowego.
Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego pismo z tradycją, które powinno być takim Wprost, Newsweekiem lub Polityką dla szerokiego ruchu narodowego tak jednostronnie zaangażowało się w promocję czegoś, co nie ma szans powodzenia.
„Frakcja narodowa w PiS" bo takiego określenia użyto w sondzie niewątpliwie istnieje. Kowalskiego, Eckardta, Masłowską, Sobecką i wiele innych osób z tego środowiska bez cienia zastanowienia można określić mianem polityków narodowych.
I co z tego, jeśli wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że w dłuższej perspektywie nie ma to większego sensu. Oczywiście, można by tutaj przytoczyć listę sukcesów posła Kowalskiego dla Mazowsza w polityce transportowej, które - nie łudźmy się - nie byłyby możliwe bez pewnych koalicyjnych układanek, itd. Ale najważniejsze w tym pytaniu o sens bycia „frakcją narodową" są procesy zachodzące w PiS, które wykluczają istnienie choćby quasi niezależnego ideowo zespołu polityków.
Po pierwsze, PiS jest partią wodzowską, która odepchnęła od siebie nie tylko inteligencję w kraju, ale również we własnych szeregach. Dorżnięcie na ostatnim zjeździe PiS Ludwika Dorna ostatniego przedstawiciela „w jego szeregach wolnej myśli" oznacza, że nie ma tam miejsca na dyskusję i negocjacje. A te przecież są warunkiem istnienia frakcji w partiach. Frakcja dla samej siebie jest frakcją, dla prezesa i kierownictwa jednymi z wielu członków partii.
Po drugie, czy komuś się to podoba czy nie i nie wiadomo ile szat będzie darł w udowadnianiu, że PiS nie jest „narodowy" to w powszechnym odbiorze społecznym tak właśnie jest. Doszło do tego, że Lecha Kaczyńskiego określono nawet „takim endekiem związanym z grupą profesorską"! Walka prezydenta ze straszną i liberalną Platformą, deklaracje nie podpisania Traktatu Lizbońskiego, coraz większe wątpliwości kierownictwa PiS w sprawie przyjęcia euro ustawiają tą partię w narożniku zarezerwowanym od zawsze dla narodowych środowisk. Co z nimi wtedy się dzieje? Zostają wypchnięte za polityczny ring, gdzie tylko pozostaje im krzyczeć o wykopaniu Geremeka z Powązek narażając się wyłącznie na śmieszność. Jeśli więc PiS jest „narodowy" choćby to było wierutną bzdurą, to „frakcja narodowa" jest tam już niepotrzebna.
Po trzecie, obserwując polityczne strategie Jarosława Kaczyńskiego istnienie „frakcji narodowej" w PiS, jeśli taka faktycznie byłaby realna i autentyczna to tylko kwiatek do kożucha. Znane są z różnych okresów w historii III i IV RP rozbieżne zdania prezesa PiS czy to na temat O. Tadeusza Rydzyka czy systemu gospodarczego. Dziś Jarosław Kaczyński, a więc i PiS broni Kościoła, jest„narodowy", antyestablishmentowy i prosocjalny. Kim i czym będzie jutro, tego nikt nie jest pewien. Bardziej pewne jest jednak, że właśnie wtedy wypluje z siebie tzw. „frakcję narodową" jako nie pasującą mu do nowego planu.
Określenie więc „frakcja narodowa w PiS" jest antonimem. Autentyczna na równych prawach współpraca dwóch przeciwieństw realnie przecież nie istnieje. „Frakcja narodowa w PiS" nie może być istotnym ogniwem prawicowego łańcuszka i skazana jest wyłącznie na trwanie dla trwania. Pozostaje tylko pytanie po co? Wierzę, że ze zwykłej prostodusznej naiwności.
Ireneusz Fryszkowski


Komentarze
Pokaż komentarze (1)