Temat odżywa każdorazowo przy kolejnej kompromitacji państwa polskiego i narażeniu na niebezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie polskim, czyli premiera (nie ważne kto tę funkcję obecnie sprawuje), czy to prezydenta (nie ważne kto tę funkcję aktualnie sprawuje), czy innych polskich VIP-ów (i również nie ważne kim oni aktualnie personalnie są).
Dziś kolejna kompromitacja. Tym razem w Mongolii, gdzie polska delegacja, z Prezydentem RP na czele, przebywa z oficjalną wizytą (ostatnia była bodajże w 1989 r.). Kilka dni temu słuchałem ciekawej audycji radiowej, w które zaproszony gość, polski nauczyciel, który przez lata mieszkał w Mongolii, stwierdził, że ten kraj i jego naród (przypomnijmy o dawnych korzeniach historycznych i wielkim znaczeniu dla Azji, a przez pewien okres mający decydujący wpływ na losy świata), ma bardzo przychylne nastawienie do Polski i Polaków. Świadczy o tym m.in. fakt, że aż ¼ mongolskich parlamentarzystów zna język polski.
Prezydent miał rano odlecieć do Japonii, ale nie poleciał ponieważ stary prezydencki TU-154 nie był przystosowany do mrozów (a w nocy było minus 20 stopni Celsjusza) i zamarzły mu skrzydła. Cała delegacja wsiadał do samolotu, po czy z niego wysiadał i z powrotem do hotelu. Mechanicy i technicy przystąpili do działania, ale stwierdzili, że samolot jest w taki stanie, że nie daje obecnie należytej gwarancji bezpieczeństwa. Co robić. Czarter samolotu mongolskiego i do Japonii.
Co o tej wizycie mogą sobie pomyśleć przedstawiciele władz Mongolii. Tylko jedno: dyletanctwo. A w Japonii miejscowe VIP-y będą pewnie wypatrywały muzealnego TU-154 w biało-czerwonych barwach, ale gdzie tam. Prezydent Polski wysiądzie z samolotu w barwach mongolskich lub kolorach mongolskiego przewoźnika, który wyczarterował samolot.
Wiem, takie rzeczy się zdarzają, ale przecież w Polsce to nie przypadek, tylko celowa robota, a raczej zaniechanie, wszystkich po kolei polskich rządów. Oto kilka ostatnich przykładów: szczyt w Brukseli i wyrywanie sobie samolotu między premierem i prezydentem, gdyż jest tylko jeden sprawny; bodajże w roku 2007 r. prezydent przebywała z wizytą na Słowacji, TU-154 zepsuł się i prezydent musiał wracać wojskową, dwupłatową Bryzą z nałożonymi na głowę nausznikami, ponieważ hałas jest tam taki, że można ogłuchnąć.
Rządowe samoloty Jak-40, stanowiące podstawę floty rządowej, zostały wycofane z eksploatacji, gdyż przekroczyły wszelkie wymogi techniczny i po prostu zostały nie dopuszczone do dalszego latania. Szef jednostki wojskowej zawiadującej plotą VIP-owsą podał się do dymisji, ponieważ nie chce brać na siebie odpowiedzialności za bezpieczeństwo VIP-ów. Do dymisji podali się też piloci wojskowi, ponieważ latanie na rządnej flocie samolotowej grozi śmiercią i przypomina grę w ruletkę.
Wszystkie rządowe samoloty są konstrukcji radzickiej (nie mylić z rosyjską), a co za tym idzie wszelkie naprawy i przeglądy dokonywane są na .... Białorusi. Ta jest! Z Łukaszenką polski rząd nie chce mieć nic wspólnego, ale swoje bezpieczeństwo (osobiste i państwowe) powierza białoruskiej firmie kontrolowanej przez rząd białoruski.
Każdy kolejny polski rząd boi się tej decyzji, gdyż zaraz opozycja podniesie larum, że to marnotrawienie publicznych pieniędzy, że jakaś tam ekstrawagancja i wygoda dla VIP-ów, którym marzą się komfortowe warunki przelotów pomiędzy państwami i kontynentami. A nawet jeśli opozycja uzna, że trzeba ten problem rozwiązać to uczynni dziennikarze zrobią nagonkę, jeśli nie Ci z poważniejszych tytułów to na pewno Ci z brukowców. Już widzę na pierwszych stronach Faktu, czy Super Ekspresu tytuły w stylu: „TUSK KŁAMIE" albo „SKANDAL. NA ŚWIECIE KRYZYS, A RZĄD KUPUJE SOBIE SUPERWYGODNE I BARDZO DROGIE SAMOLOTY".
A opinia publiczna też wie swoje. Niech rząd się weźmie roboty, a nie myśli o zakupie nowych samolotów. Niech latają rejsowymi samolotami, tak jak każdy zwykły człowiek. A tak w ogóle to po co te zagraniczne wojaże, przecież to tylko wycieczki np. ta Tuska z żoną do Peru (co prawda to prawda, tutaj Tusk przegiął).
Powiem tak. Donald Tusk i jego rząd będzie miał ode mnie dużego plusa, gdy problem zostanie szybko i skutecznie rozwiązany. Przetarg na 3-4 samoloty średniego zasięgu (dla kilkunastu osób na pokładzie) oraz dwa samoloty dużego zasięgu (dla dużych delegacji, z VIP-ami i osobami towarzyszącymi jak dziennikarze, czy przedstawiciele środowisk gospodarczych i naukowych). Tylko Tusk znów zanim podejmie decyzję to pobiegnie najpierw do swoich PR-wców z pytaniem, czy medialnie mu się to opłaci. A PR-owcy pewnie odpowiedzą: „Donald, nie opłaca się".
Przecież nie tak dawno miał miejsce kabaret z lotami premiera rejsowym samolotem, które generalnie taniej nie wyszły (przecież trzeba wykupić bilety w klasie biznes dla premiera, jego asystentów i funkcjonariuszy BOR-u, a samoloty floty rządowej i tam muszą latać, gdyż takie są wymogi techniczne, a więc latają puste), a dla pasażerów może skończyć się to nie małą uciążliwością, ponieważ muszą być spełnione specjalne procedury bezpieczeństwa.
Czas skończyć z tą tragifarsą, ponieważ Polski nie stać na to, aby być na poziomie bantustanów, czy republik bananowych. Nikt w świecie poważnie nie będzie nas traktował, jeśli pierwszy kontakt wzrokowy z polskimi VIP-ami będzie się kojarzył z obiektem muzealnym, którym przybyli. Ponadto muszą być zachowane standardy bezpieczeństwa, gdyż nie możemy sobie pozwolić na katastrofę lotniczą, w której zginie premier lub prezydent.
Sylwester R. Jaworski


Komentarze
Pokaż komentarze (11)