Ściśle mówiąc, nie możemy nawet mówić o różnicach w zachowaniu się tego, co żyje i tego, co nie żyje, ponieważ przedmioty nieożywione w ogóle się nie zachowują. One po prostu istnieją. Atomy, cząsteczki, kryształy, skały i woda są produktami materialnych praw przyrody. Ktoś mógłby dowodzić, że elektron krąży wokół jądra atomu, a zatem wykazuje pewną formę behawioru. Jednak jest to jedynie zniewolona aktywność podyktowana bez reszty i narzucona przez prawa fizyki.
Natomiast behawior żywego organizmu cechuje się zupełnie niezwykłym poziomem wolności. To prawda, że istnieją prawa przyrody, którym musi się podporządkować. Zasady powiązań chemicznych, o ile nam wiadomo, są w pełni przestrzegane w ramach olbrzymich zespołów dynamiki metabolicznej, zachodzących w każdej indywidualnej komórce żywego organizmu. Ale zgodność z tymi prawami materii nie tłumaczy samego behawioru organizmu. Należałoby go raczej porównać z majestatycznym utworem orkiestralnym. Choć cała jego struktura jest zgodna z regułami kompozycji muzycznej, jednak melodia oczywiście przekracza owe reguły. Melodia bowiem, i to w sposób nieporównywalny, jest wyrazem twórczej wyobraźni kompozytora. Podobnie dzieje się w żywym organizmie. Każdy z miliarda procesów tam zachodzących stosuje się, bez wyjątków, do praw chemii i fizyki. Ale organizm jest „nastrojony” do śpiewu przekraczającego owe prawa. On gra swoją partię w cudownej symfonii życia, z niezwykłą punktualnością i dalekowzrocznością wykonując każdy z zespołu niepodzielnych ruchów obejmujących rozwój embrionalny, wzrost, regenerację, rozmnażanie się i całą gamę pomysłowych odpowiedzi na niezliczone szanse i zagrożenia otaczającego świata.
Ta symfoniczna metafora życia jest tym bardziej trafna, im bardziej otwieramy oczy na przepych żywego świata. Dla materialisty pierwocinami tego świata jest spopularyzowany obraz samolubnego genu, który posiada najwyższą władzę. O nim to mówi się, że wymyślił pierwszą formę walczącą o przetrwanie, a kształtowany przez jakoby kreatywną moc selekcji naturalnej wyprodukował szeroką panoramę form żywych. Emitowany przez BBC 1 program dokumentalny „Jak wybudować człowieka” jest promowany przy pomocy uwodzicielskiego hasła: „Wszystko, co w nas się dzieje, jest zdeterminowane strukturą DNA”. Popularna forma redukcjonistycznego przyrodoznawstwa postrzega geny i tylko geny jako choreografa wspaniałego „tańca życia”.
Ale bardziej rozważni biologowie, tacy jak Richard Strohman i Nowozelandczyk John Morton myślą inaczej. Strohman na przykład dowodzi,
[1] że „posiadamy obecnie całościową teorię genów, która wykracza poza swoje dopuszczalne granice”. Oskarża biologię, że popełniła epistemologiczny [poznawczy] błąd pierwszej rangi, bezpodstawnie rozciągając teorię genu ze stosunkowo prostej struktury genetycznej, relacji tej struktury do magazynu informacji, replikacji i translacji (angażującej szyfrowanie i rozszyfrowywanie) na złożony poziom behawioru komórki. Jakby podkreślając wyraźny
brak wyjaśniającej mocy tkwiącej rzekomo w tej mocno zakorzenionej teorii genu, Strohman wymienia to, co owa teoria opisuje:
"(...) transkrypcję, w której pewna sekwencja DNA staje się w cudowny sposób prototypem w formie matrycowego RNA i translację, w której liniowe, sekwencyjne szyfry RNA ulegają konwersji na liniową sekwencję aminokwasów białka. Koniec, kropka."
Oto dalszy komentarz Strohmana:
"Teoria genu jest zamknięta i bardzo dobrze. Jest ona piękna i cudowna w swojej prostocie. Nawet dziecko może ją zrozumieć. Miliony dzieci ją dziś zrozumieją. Ale gdybyście nieopatrznie zapytali je o to, co ona oznacza w kategoriach funkcjonowania, wprawilibyście je w zakłopotanie."
Podobnie i inny biolog, John Morton,
[2] dowodzi, że geny działają poprzez dostarczanie składników, a zatem działają na najniższym szczeblu procesów sprawczych. Oto, co mówi on na temat rzeczywistych ograniczeń koncepcji genu:
"Pierwszą wadą genów rozumianych jako zakodowana instrukcja jest ich identyczność w każdej prawie komórce organizmu. Nie są one rozmieszczone w sposób selektywny. Każda komórka otrzymuje całość. To jest tak, jakbyś dostał gołe sklepienie i wszystkie barwy dostępne w każdym punkcie jego powierzchni. Aby namalować freski Kaplicy Sykstyńskiej trzeba by sięgnąć po jakąś informację z zewnątrz. Zatem zasugerowano myśl, że istnieje druga warstwa informacji, warstwa genów kontrolujących, które miałyby manipulować genami pierwotnymi, strukturalnymi, dozując ich stosowanie w złożonej tkance gradientów czaso-przestrzennych. Ale takie nadrzędne geny dalej stanowią część jednakowego [w każdej komórce – uwaga tłumacza] genomu, a zatem nie miałyby mocy kształtowania jakiejś szczególnej formy [anatomii ponadkomórkowej – uwaga tłumacza]."
To raczej smętne podsumowanie mocy zawartej w genach może służyć do ukazania, jak bardzo przesadny jest obraz roztaczany przez R. Dawkinsa w książce Samolubny gen. Wyobraża on sobie organizm jako „maszynę przetrwania” skonstruowaną przez gen, by zapewnić sobie przetrwanie w procesach działania selekcji naturalnej:
"Dobór naturalny preferuje te geny, które sprawiają, że ich maszyny przetrwania wykorzystują w jak najlepszym stopniu otaczające środowisko. Wykorzystują też – robiąc z nich najlepszy możliwy użytek – inne maszyny przetrwania, zarówno należące do tego samego, jak i do innych gatunków."
[3]
Takie stwierdzenie, korzystające z pojęcia „najlepszego wykorzystywania”, tylko potwierdza mój wcześniejszy zarzut przeciwko materializmowi biologicznemu. Na przekór wciąż powtarzanym deklaracjom opiera się on na czymś więcej niż tylko sama materia, gdy pragnie ukazać swoją koncepcję życia.
W tym, co napisałem, starałem się wykazać, że jakakolwiek ewolucjonistyczna teoria życia, która wyklucza ze świata istot żywych fundamentalnie niematerialny, transcendentny wymiar obecności kierującej – nie jest w ogóle teorią. Twierdzenie materialistów, jakoby selekcja naturalna dostarczała owego ewolucyjnego ukierunkowania, pozostając mimo to procesem całkowicie materialnym, jest twierdzeniem oszukańczym. Jeśli nie istnieje żadne celowe ukierunkowanie, które selekcja naturalna miałaby realizować, to wyrażenie „selekcja naturalna” jest jaskrawo mylące i powinno być wykreślone ze słownika ewolucjonistów.
Innymi słowy, jeśli selekcja naturalna nie jest niczym więcej jak tylko sumą zespołu nieselektywnych procesów, to materialistyczni bajarze powinni ograniczyć się do języka, który ukazuje ów materializm. Tymczasem neodarwinizm drąży grunt słowami i wyrażeniami, które dalekie są od pozbawionego myśli materializmu.
Przeczytajcie jakikolwiek nowoczesny tekst darwinowski, a zobaczycie, jak język celowości, ukierunkowania, intencjonalności jest jako moneta obiegowa sprzężony z wykluczeniem celu. Jest to – mówiąc nowoczesną gwarą – surowa forma biologicznego pijaru. Oto kilka przykładów języka obarczonego intencjonalnością:
|
Walka o przetrwanie;
Konkurencja;
Mutanty, które najlepiej radzą sobie w otoczeniu;
Selektywnie korzystne;
Zaznaczanie własnego terytorium;
|
Korzyść adaptacyjna;
Sukces rozrodczy;
Cechy dziedziczne najkorzystniejsze dla życiowych potrzeb organizmu;
Samolubny gen;
Okresowa niezmienność gatunku
|
Moglibyśmy bez końca mnożyć tę bardzo wymowną listę wyrażeń. Wszystkie, choć na różny sposób, mówią o działaniach sprzyjających życiu, o „pragnieniu przeżycia”, o zasadach stosowalnych wyłącznie do żywego organizmu, o witalizmie, który materialiści tak bardzo kwestionują. Ową sprzeczność językową dobrze ilustrują teksty Daniela Dennetta. O teorii selekcji naturalnej Darwina mówi, że jest to „schemat powolnego bogacenia się”
[4] lub „przepis kreowania Planu z Chaosu, bez korzystania z Umysłu”.
[5] Musimy zapytać Dennetta: Skąd ta tendencja do bogacenia się? Po co jakieś Plany?
Tak więc teksty Alistera Hardy’ego, który będąc darwinistą dostrzega w opisywaniu świata żywych konieczność czegoś więcej niż samych czysto materialnych kategorii, wnoszą do mojego artykułu pewną odświeżającą jakość. Jednak muszę dodać, że nawet biorąc pod uwagę apel Hardy’ego, by przyjąć jakiś transcendentny, psychiczny wymiar, dalej pozostaje istotne pytanie o to, jak taki wymiar „umysłowy” mógłby reagować z czysto materialnym. Czym innym jest dowodzenie, że żabi skrzek rozwija się w harmonii z ideą kijanki, ale samo zrozumienie, jak materia jest krok po kroku dodawana cząsteczka za cząsteczką, polimer za polimerem, komórka za komórką we właściwy sposób, by wyprodukować tak skomplikowany system żywy – pozostaje poza zasięgiem naszej obecnej wiedzy.
Jedno pozostaje pewne: bardziej rozsądne tłumaczenia muszą ewoluować w „myślnym” raczej niż pozbawionym myśli kierunku.
Michael Polanyi, jeden z największych myślicieli ubiegłego stulecia, wybitny przyrodnik i filozof, odrzuca absurd redukcjonistycznego mitu, który przypisuje emergencję życia i ludzkości grze samych sił materii. Myślę, że najlepszym zakończeniem będzie krótki cytat z jego monumentalnego dzieła Personal Knowledge (Wiedza osobista):
(...) Pojawienie się człowieka nie może być przypisane tym samym zasadom, które dziś znamy jako fizykę i chemię. Jeśli byłby to witalizm, to taki witalizm jest po prostu zdrowym rozsądkiem, ignorowanym jedynie przez agresywne, nietolerancyjne i mechanistyczne poglądy.
[6]
Neil Broom
(Neil Broom, „What Is Natural Selection? A Plea for Clarification”, http://tiny.pl/h2zlb. Za zgodą Redakcji i Autora z jęz. ang. przełożył Piotr Lenartowicz, S.I.)
[Na Początku... 2003, nr 5-6, s. 163-194.]
[1] Richard Strohman, The coming Kuhnian revolution in biology,
Nature Biotechnology, March 1997, vol. 15, s. 194-200.
[2] John Morton, The Word and the Process: Science and Philosophy in an Evolving Biosphere, w: Mann (ed.),
Science and Christianity...
[3] Richard Dawkins,
Samolubny gen,
Na Ścieżkach Nauki, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996, s. 102.
[4] Dennett,
Darwin's Dangerous Idea..., s. 50.
[6] Michael Polanyi,
Personal Knowledge: Towards a Post-Critical Philosophy, University of Chicago Press, 1962 [wyd. pierwsze 1958], s. 390.