Nie chcę zadręczac Was swoimi problemami, ale niech tam - otworzę się i ja. Mam problem z polskimi "dziennikarzami". Problem polega na tym, że gdy o nich myślę bądź piszę, nijak nie potrafię pominąc cudzysłowia. Jeśli o mnie idzie, to tych, o których myślę bądź piszę bez cudzysłowia jest nie więcej niż palców u mojej pięciopalczastej dłoni. Łukasz Warzecha wydawał się do niedawna jednym z tych niewielu bez cudzysłowia - spełniając (co tu dużo mówic) całkiem elementarne wymogi przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Ale jak to mawiał filozof: "wszystko płynie" - dopadło i jego! Po wydumanych problemach z filmem "Mgła" pojawił się polityczny problem z "Gazetą Polską" i chyba jednoznacznie personalno-ambicjonalny z jej redaktorem naczelnym. Teraz czas na kolejny krok ku szaleństwu, czas na problem red. Warzechy z pisarzem Jarosławem Markiem Rymkiewiczem. To nie może byc nic innego jak opętanie. Łukasz Warzecha podejmuje się roboty, której nie udało się wykonac GW, TVN-owi et consortes przez ostatnich dziesięc lat - próbuje oczyścic polskie życie publiczne z wszelkich propisowskich naleciałości, a może nawet (w jego ocenie) śmiecia. I to wszystko, żeby było zabawniej, z pozycji jak najbardziej antyplatformerskich.
Zczynam podejrzewac, że jedyną postacią z polskiej bajki politycznej, z którą Łukasz Warzecha nie ma problemu jest pewien pajac z Biłgoraja, którego istnienie i błaznowanie redaktor postanowił ignorowac i trzeba przyznac, póki co konsekwentnie tego się trzyma. Z tym, że w zaistniałej rozwojowej sytuacji pojawia się wątpliwośc, jak długo jeszcze wytrzyma? Inaczej mówiąc, czy zdoła postawic tamę postępującemu szaleństwu?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)