Orientacja, to grunt. Rozeznanie w tematach wygęganych przez media. Bo nie uchodzi być dyletantem. Publicystycznym warchołem. Trzeba wetknąć nos w prasę. Poznawać, by z powodzeniem wydymać poglądy niezgodne z naszymi. Należy bezustannie poszerzać swoje horyzonty. Być poinformowanym i mieć właściwe zdanie. Sprawować nad nim kontrolę. Choćby było nieszczególne, ale niech będzie własne. Prymitywne, ale jakże sexy! Gdyż człowiek zdolny do poruszania kwestii stanowiących przedmiot rozmowy, jest ciekawszy od człowieka siedzącego w kącie.
Tak sobie dowodziłem zabierając się za lekturę codziennych gazet (miesięczniki, kulturalno – bulwarowe tygodniki oraz różne Wyborcze, Wprosty, Zrosty i Odrosty pozwoliłem sobie zostawić na weekend).
2
Już na pierwszych stronach gazety powiadamiały, że jest coraz lepiej, a za jakiś czas będzie wprost cudownie: informowały mnie, że miasta pięknieją, rusztowania są wznoszone zgodnie z planem na ubiegły rok, a już w przyszłej pięciolatce przybędzie mieszkań dla Vipów. Napomykały też o zwalczaniu przewozowych utrapień. Oświadczały, że transport stwarza coraz mniejsze zagrożenie dla korków, a autobusy i pociągi wyprzedzają rozkłady jazdy. Do tryumfalnych artykułów o tym, co wkrótce będzie cacy, dołączano kreatywną dokumentację obiektów znajdujących się w stanie ciągłego planowania, relacje z transmisji i z placu budowy wspaniałego JUTRA.
3
Lecz że świat nie składa się wyłącznie z rautów i koronacji, dla równowagi, mój zalękniony wzrok, atakowały, literami przeraźliwie kolosalnymi, radosne wzmianki o rzeziach, masakrach i klęsce urodzaju afer. Strony te zawierały sugestie, donosy i oszczerstwa pod adresem biednych strongmenów naszej polityki. Podpisane życzliwymi krzyżykami, cytowały i energicznie szkalowały ich powołując się na nieistniejące źródła, kwity i przecieki. Przeważnie były to bezczelne i odległe od prawdy insynuacje określonych kół z określonych opcji, pomówienia żerujące na ludzkiej naiwności, szczekające odgłosy zbijania partyjnego kapitału.
4
Obliczyłem, że sylabizowanie JEDNEJ gazetki zajęło mi godzinkę. Wyciągnąłem kalkulator i zacząłem cykać w guziczki. Pomnożyłem ilość gazet przez ilość godzin i otrzymawszy wynik, chwyciłem się za głowę, bo wymiarkowałem, że przy obecnej ilości tekstów do przeczytania, choćbym się wściekł, to za cholerę nie dam rady być na bieżąco. Nie udźwignę, bo czas przeznaczony na lekturę, to pryszcz w porównaniu z następnym, poświęconym na stosowne z r o z u m i e n i e artykułu.
Razem wypadły dwie godziny na gazetę. Przy dobrych noszeniach, rzecz jasna. Poniekąd niewiele, ale przeczytać trzeba WSZYSTKIE, by nie posądzono mnie o ignorowanie innych punktów widzenia.
5
Jeżeli przemnożyć trywialne dwie godziny przez pięć, bo tyle pism jest o moim Regionie, to okaże się, że mam na minusie całą krzesłodniówkę i ciutek zarwanej nocy. A to zaledwie prasa lokalna. Schody się zaczną przy opasłych tygodnikach, miesięcznikach i kolorowych świerszczykach zamieszczających brukowe pogaduchy o szanownej Maryni.
Wniosek? Żeby wiedzieć, co, gdzie, komu i jak piszczy w trawie, należy mieć sporo czasu, czyli pozostaje być bezrobotnym. Tyle że wtedy za co kupić te metry sześcienne identycznych rewelacji?





Komentarze
Pokaż komentarze (2)