Wakowało stanowisko i należało je zapełnić. Problem ten zakwalifikowano do łatwych: starczy skrzyknąć wolnych, niezależnych, samorządnych znajomych i do ataku! Ale nie w moim miasteczku, gdzie znajomych brakuje od zawsze. Godne zaufania osoby siedzą po mamrach, a niedobitki smutasów, walają się po rozdrożach.
Po długotrwałych debatach uradzono, że zanim znajdzie się NOWEGO, z sąsiedztwa sprowadzi się awaryjną niedojdę i już na miejscu dokona się odpowiedniego szkolenia.
*
Zazwyczaj senne miasteczko ożywiło się pod wpływem świeżego niezguły. Stary przestał już rozbawiać kogokolwiek. Wypsztykał się z entuzjazmu. Przemykał się ze swoim ociężałym dowcipem pomiędzy płotami, powoli gibał się na nagrobkową stronę, zamyślał na nieznaną intencję, drzemał w pozach co najmniej niecenzuralnych.
Ręce miał znoszone, brzuch nieforemny, a nogi sękate. Nadawał się na złom dla clownów. Stare kawały nikogo już nie bawiły i nadaremnie potykał się na bananach. Rzucanie tortem w burmistrza też było nudne za setnym razem.
Nowy był za to śmieszek i jajcarz. Tryskał humorem i pomysłami, co było dziwne, bo pracował na pół etatu, czyli za pół darmo i jakby społecznie. Był to facet młody, jeszcze nie rozdeptany przez życie, żył samotnie i oszczędnie, a najważniejsze: miał własny sprzęt rozweselający!Po godzinach błaznowania nazywał się mgr Dostojny. Jak to nowy, nie zostawił na nas suchej nitki, a na deser sparodiował sam siebie.
Tymczasem, gdy młody łupał dowcipem, jego poprzednik przechodził na emeryturę; przygasł, oklapł, pożywiał się kleikiem i dygał na nieświeże ryby.
Komentarze
Pokaż komentarze (2)