Wyspy blogowe Wyspy blogowe
65
BLOG

MARTUSIA (2)

Wyspy blogowe Wyspy blogowe Kultura Obserwuj notkę 0

W mężu więc nie znalazła oparcia. Zresztą małżonek, awaryjny kochaś w dni bez piwa, nie nadawał się do znalezienia czegokolwiek. Gnębiła ją świadomość tego faktu: od chwili, gdy zamieszkali razem, wyłącznie zajmował się sobą. Miała więc w co wkładać ręce i przez co nie zasypiać. Myślała o czymś stale, non stop gimnastykowała się, by było na to czy  tamto, żeby ją nareszcie docenił i przestał opędzać się od niej. I choć z każdym kolejnym latem wstępowała w nią nadzieja, jakkolwiek uroiła sobie, że wreszcie musi jej się odmienić i uwolni od swojej małżeńskiej makabry, optymizm, niezaspokojona ufność, wszystko to brało w łeb, gdy pojawiał się w drzwiach, gdy rozpoczynał swoje mętne perory.

Kiedy zamieszkał z nią, wyznał, że od dawna uskarża się na wrzody żołądka. W łazience poustawiał swoje buteleczki z lekarstwami, torebki z ziołami, kieliszki na krople, co wyglądało tak, jakby baterią medykamentów chciał wydusić z niej współczucie.

Presja tego widoku miała przekonać Mamę Martusi, że nie udaje, że coś mu jest i w związku z tym musi być wobec niego przymilająco grzeczna. Wchodził do kuchni i przystępował do narzekania. Jego śledczy wzrok sprytnie omiatał otoczenie. Chowając twarz w dłoniach z nagłym postanowieniem, że ma coś ważnego do zakomunikowania, manifestacyjnie wycierał nos, co miało być pretekstem umożliwiającym zadanie mu rozdygotanego pytania o zdrowie. I pytanie takie obowiązkowo padało: usta ciotki wykrzywiał grymas troski.
 

Przypatrywał się jej z tym wytężonym znawstwem człowieka, który jeszcze nie wie, że urwał mu się film i ciągle gada, choć już nie ma o czym. W piżamie, zlany potem, siadał na krześle. Trzymając się za brzuch, odgarniając z czoła włosy, bajdurzył o tym, co go trapi, ssie, uwiera, kim był, zanim ją poznał, a kim został w rezultacie. Jojczył, że jak długo żyje nigdy nic mu nie pasowało, praca była nieziemsko podła, wydoiła z niego resztki, ale resztki czego, nie precyzował.
 

Zanosił się od wzburzenia, słaniał pod naporem krzywdy, z miną samobójcy – fiksata pukał w niskie, zafrasowane czoło, zapalał peta i tak przygotowany do wywierania wrażenia na ciotce, zabierał się do snucia  intymnych zwierzeń. A zaczynał od stwierdzenia, że wszystko mu przepadło i obwisło. Wołał w zacietrzewieniu, iż nawet dzieciństwo miał żadne i depczą mu po życiorysie, do teraz pali go zgaga, bo przecież kiedyś zapowiadał się i rokował, pokładano w nim i żywiono wobec niego.
 

I gdy tak ubijał pianę, ciocia odnosiła wrażenie, że im więcej powołuje się na życiowe niefarty, tym jego deklamacje stają się mniej wiarogodne. Któregoś dnia powiedziała Martusi, że gdyby rzeczywiście miał te swoje bóle, byłby może więcej szczery i nie zachowywał się jak zakompleksiony Narcyz. Uważała, że człowiek autentyczny, zdeterminowany, a nie - mimozowata pierdoła, winien przybrać mniej żałosną postawę wobec tego, co przeżywał dotąd.
 

Lecz ojciec Martusi, który istniał dzięki swoim złudzeniom, nie miał ochoty na wysłuchiwanie prawdy. Była dla niego zatrutym pokarmem: jeżeli odczuwał gastryczne nieprzyjemności, wolał żyć w przekonaniu, iż dokucza mu rozstrój żołądka, niż wiedzieć o tym, że jego kłopoty mają swe źródła w wyrzutach sumienia.  Wobec tego nie przejmował się stanem swoich nerwów i żył wbrew ich ostrzegawczym sygnałom; pogrążony w rzekomej nieświadomości, lekceważył te objawy, które widzieli wszyscy i których nie był w stanie ukryć.
 

Pragnął być zwodzony, bo niekiedy kłamstwo przynosi ulgę, tak jak prawda często przyśpiesza wykonanie wyroku. I podczas gdy z neurotycznym podekscytowaniem czekał na swoją dawkę współczującego zainteresowania, ciotka z rozgoryczeniem stwierdzała, że jej mąż jest typkiem perfekcyjnie słabym.


Nieraz przyłapywała się na myślach mogących go zranić. Choć były szczere, nie nadawały się do weredycznych wypowiedzi. Wiedziała, że chwilowa satysfakcja ofiarowuje chwilowe zadowolenie: czy prawda potrzebna jest temu, kto woli żyć w złudzeniach i wierzyć w swoje zalety, cechy, które dla niego są niepodważalne, dla innych natomiast są zaledwie poszukiwaniem chwilowego rozgrzeszenia?  Sądziła,  że na zatajeniu prawdy można niekiedy szybciej zajechać, aniżeli na jej brutalnym, agresywnym przedstawianiu! Nieraz zadawała sobie pytanie: czy nie o to idzie, by tylko zbliżać się do niej, delikatnie jej dotykać, niż bez ogródek wywalać ją, powiedzieć: oto daję ci ją na tacy, taki jesteś, udław się swoim rzeczywistym obrazem?

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura